Link :: 06.04.2006 :: 18:57
Co napisać? Zmieniamy tradycję to przy okazji możemy zmienić siebie. Lekko nużący czwartek. Czwartek wywołujący kolejne odruchy. Jakie *odruchy*...? - zapytacie. Cóż, odpowiem. Prosto, zwięźle i na temat. Koniec już z tymi: *maniakalno-depresyjnymi*. Było minęło. Tym razem - tak się śmiesznie się składa, iż mam odruchy *kwietniowo-wiosenne*. Złapałam lekki katar, ogółem cieszę się życiem. Jest piękniejsze niż kiedykolwiek. Ha.
Zastanowiło mnie jedynie to, że nie mam ostatnimi czasy żadnego...ukierunkowania. Każda kolejna notka tylko krąży wokół interesujących mnie tematów, a ja sama gubię się w gąszczu własnych myśli. Zabrzmiało to jak tekst piosenki, pewnie w rzeczywistości takiowego zdania użyto. Cudnie. Za to moje odczucia dotyczące otaczającej mnie struktury, no Polski po prostu, zmieniają się z sekundy na sekundy. Są to zmiany mało istotne, niewielkie może, ale z perspektywy...hmmm... tygodnia, stają się kwestią problemową. A to czemu? Widocznie tak już musi być, że w pewnym okresie swojego życia rozpoczęłam regularne rozmyślanie nad wszystkim i nad wszystkim. Ale chwila! To miało trwać jedynie kilka dni, może miesiąc... A nie około czterech lat!!!
Stwierdzam fakt, że wiele się spraw ulega konkretnym poprawkom. Co mnie cieszy i bulwersuje zarazem. Każde wprowadzenie czegoś nowego kończy się prędzej czy później nagłą zmianą zainteresowań co mnie irytuje. Co z tego, że wgłębi duszy kocham filmy, kiedy nagle zostaje rażona i zakażona symptomem *mango-manniaczki*? Zastanawiające. A ja cierpię, kurcze - cierpię.
W głośnikach *Gravity Eyelids*, za oknem widok wciąż ten sam. Ciarki przechodzą po plecach, gdy spoglądam na korkową tablicę nad biurkiem. Wygląda na to, że nie mam wyjścia i muszę się przyznać do powrotu mojej starej (???) miłości. Ale o tym kiedy indziej. Czy przypuszczacie, że oszalałam? Nie? Więc się mylicie. Po stokroć nawet.

I nagła zmiana tematu. Piszę ciąglę o tym co jest tematem moich rozmów z samą sobą (tak, tak - zdarza mi się gadać do siebie nader często). Myślę, że czas na spore zmiany. Tradycja poszła się kochać, ja mam wręcz dość. Ja tu umieram.

Po tym przyjemnym przerywniku zapraszam do mojego nowo otwartego baru, w oczekiwaniu na lato serwujemy koktajle owocowe. Kto ma ochotę? Mnóstwo dodatkowów i oczywiście - przystępna cena. Pomóżcie tylko wymyślić nazwę dla tego wspaniałego przybytku mojego toku myśleniowego. Znowu jakieś wstrętne zdanie ułożyłam, ale staram się pisać to co akurat w danym momencie przyjdzie mi do głowy...



Mylne mogą być wasze uwagi dotyczące tej notki. Ona tak naprawdę ma sens, bo właśnie go wymyśliłam... teraz, dosłownie przed minutką - w trakcie wyszukiwania reklamy swojego baru. Sens jest pojedynczym, arcyciekawym słowem: *Karaiby*. Niech dojdą do tego zwroty: *piękna plaża*, *przezroczysta woda*, *dookoła palmy*, *Jack Sparrow* (no teraz się rozmarzyłam, wiem ^_^)...
Aaaaa, postanowiłam ukrócić dziś moje sny.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Was - tych, którzy zostawiacie komentarze, którzy jesteście serdeczni wobec mojej odmienności, którzy tolerują moje niekiedy dziwne odpowiedzi na zadawane pytania, którzy mają gdzieś to, że zadawając się ze mną narażają samych siebie... Dziękuję Wam!!!



Ps. Myśli me - gdy pisałam powyższą notkę - krążyły wokół tego osobnika, więc proszę się nie dziwić, że tekst jest nieco nieskładny ^^. Za to szczery.
Pps. Skreślenie Willa Turnera... hmmm... i dobrze mu tak! XD
Ppps. ~ Captain Jack Sparrow ~ rządzi!!!

Komentuj(109)


Link :: 21.04.2006 :: 19:57
Namiętność z pasji, a pasja z namiętności. Co czyni człowieka człowiekiem? Czy to, że ma ręcę, nogi i parę oczu... a może to coś innego? Głębszego? Ile dni liczymy, a kiedy tracimy rachubę czasu? I co właściwie znaczy sama symbolika? Ciężko mi.
Te i inne myśli towarzyszyły mi w minionym tygodniu. To był dosłownie natłok wszelkich rozważań - na tematy zupełnie jasne i te, na które nie mam nawet drobnej, znikomej szansy odpowiedzieć. Ale przecież na tym rzecz polega - zastanawiajmy się. Dochodźmy do swoich poglądów krętymi drogami, które wyznaczymy sobie sami. Tak - poniekąd wiem to od Hrabiego. Nie są mu obce wszelkie filozoficzne dzieła, a te jak wiadomo traktują o wielu, wielu sprawach. Zarówno tych natury człowieka jak i natury rzeczy wyższych. Pieprzę głupoty. Przerwijcie mi jakby co. Po prostu w tym miejscu skończcie czytać.
Pasja? Od tego zaczęłam? Nie... to była namiętność. Ale jak blisko są od siebie te dwa pojęcia? Daleko? Taka odległość przytłacza? Pomaga może. Kilka ostatnich dni spędziłam na swojego rodzaju medytacji. Hmm. Tak chyba można określić mój stan. Spokojnie słuchając *Gravity Eyelids* spoglądałam w ścianę. Owszem, przy tym siedziałam wygodnie na swoim nieśmiertelnym materacu. Zdarzało mi się krótkie wyrwanie z transu. Sami rozumiecie... takie zerknięcie w bok - a tam oprawiony w anty-ramy plakat J. Deppa. Ale nie ulegajmy zgubnym pokusom...

Rzecz w tym, że nie skończyło się to moje myślenie, ani po godzinie, ani nawet po dobie. Godzina 23 dnia świątecznego... wpadam na genialną myśl uchwycenia wreszcie czegoś konkretnego. Na szarym w świetle monitora papierze rysuje ciemny, sporych rozmiarów kształt. Poniekąd przypomina on jakąś wielką salę, na jej końcu tli się jakaś jasna plamka. Przyjrzałam się temu uważniej. Jestem rozsądna (bo jestem, prawda?). Nic na siłę. Ale nie musiałam czekać długo na efekty tego przypatrywania się. Tak, miałam do czynienia z czymś oczywistym. Wielka, ciemna sala, a u jej kresu - scena. Uznałam, że to dobry powód. Dostatecznie dobry. Pracę w nienaruszonym stanie zastałam rankiem wczesnym. Otóż lekko o niej zapomniałam, śniąc o płatkach Nestle. Jednak nadeszło nowe olśnienie, które w moim przypadku bywa niebezpieczne. O ile sobie dobrze przypominam, to była niedziela. Po odprawieniu gości - a konkretnie bliższej i dalszej rodziny - zasiadłam wieczorem na kanapie. Rozejrzałam się spokojnie wokół, świadoma, że robię znów coś normalnego. Jakby to ujął Osioł ze *Shreka* - *No! Nareszcie jakieś postępy!*. Tak, więc włączyłam telewizor, co było kolejnym, wielkim krokiem ku zaznaniu czegoś mniej lub bardziej codziennego. Niedziela wieczór, prywatna stacja komercyjnego TVN. Zajadając twarożek wpatruje się w ekran i zastanawiam ile jeszcze będą trwać te bezsensowne reklamy. Mam dość, ale w tej chwili właśnie zaczyna się program o kilku tańczących amatorach i pożal się boże nauczycielach, którzy mają wyciągnąć z owych niedoświadczonych typów to na co ich *naprawdę* stać. Z ironią kwituje kolejne inteligentne wypowiedzi pana Huberta Urbańskiego (pozdrawiam) i czekam na coś ciekawego. I szczerze pisząc... sądziłam, że się nie doczekam. A tu! Ha! Niespodzianka. Zrobione na wzór *wysokobudżetowego* filmu klasy B (pozdrowienia dla geniusza Tarantino, ale proszę pana to nie było karate!) widowisko, które przedstawiła prezydencka córka i jej partner, niejaki Kochanek. Nie jej, a tak miał na nazwisko - dla sprostowania. Zaskoczona muzyką - poprawiam się wygodnie. Tak - tańczyli do utworu z musicalu (+ elementy opery) *Phantom of the Opera*. Nie patrzę na ich wysiłki - ja po prostu słucham. Ciekawie zaaranżowana melodia...

Jeszcze tego samego wieczora obejrzałam *Upiora...*. Kończę oglądać mając w oczach łzy, a w wyobraźni widok tytułowego bohatera siedzącego w towarzystwie wygrwającej na pozór wesołą melodię małpki w perskim wdzianku. Piosenka ta - jakże trafna. *Co za bal! Maskarada na sto par... Zasłoń się przed światem maską*. Maski stały mi przed oczami we śnie jak i na jawie. Film nie dał mi spokoju i do dnia dzisiejszego widziałam go już 4 razy, nie wliczając w to fragmentów sceny, gdy grano namiętne *Point of no return* i chwili gdy widzimy pojedynczą różę na grobie... Ach, co za bal! Ja się czuję jakby opętana... przez Anioła Muzyki?...

Och, uśmiejecie się!
Tak ja się uśmiałam!
Naprawdę! Naprawdę!!
Co czyni człowieka człowiekiem? Myśl z *Hellboya*. Trafne? Ja myślę. W każdym razie niezwykle na temat bo właśnie zamierzam rozpisać się o czymś co przytoczył mi dosłownie przed godziną Hrabia.

1. Bóg nie istnieje.
2. Bóg istnieje i jest skończoną kanalią
3. Bóg istnieje, ale czasem śpi; jego koszmarne sny to nasze istnienie.
4. Bóg istnieje, ale miewa ataki szału: te ataki to nasze istnienie.
5. Bóg nie jest wszechmocny, nie może być wszędzie. Czasem jest nieobecny. Czy przebywa wtedy w innym świecie? W innej rzeczy?
6. Bóg to poczciwiec, który para się nazbyt trudnym jak na jego siły problemem. Walczy z materią, jak artysta walczy ze swoim dziełem. Czasami w jakiejś chwili udaje mu się być Brahmsem, ale na ogół nie osiąga dobrych wyników.
7. Bóg został w prapoczątkach pokonany przez Księcia Ciemności. Pokonany, przeistoczony w demonicznego Szatana, tym bardziej utracił autorytet, że obarcza się go winą za ten nieszczęsny świat.

Nie ja wynalazłam wszystkie te możliwości. Takie to wszystko proste, że chcę mi się śmiać... i pewnie zaśmiałabym się... gdyby w tym samym momencie nie ogarniał mnie paraliżujący lęk.

Pozdrawiam serdecznie.



Ps. Na fotce - którz inny... Upiór, który zauroczył mnie do tego stopnia swoją postacią, iż wysłałam list do Butlera. Ciekawa jestem czy dostanę odpowiedź... podobno kilka osób takową posiada i jako wspaniały dodatek: zdjęcie z filmu z autografem. Marzenie ^__^...

Komentuj(70)


Link :: 25.04.2006 :: 18:46
A tak, tak. Ciężko to przyznać, ale wbrew obiegowej opinii, wbrew tradycji mojej... ta notka jednak ku czemuś będzie służyła. Nie będę też szczędziła bogatego ilustrowania jej, co zarazem powinno wam się niechybnie w oczęta rzucić. Mam jedną prośbę, a także poniekąd wyjaśnienie... Wiedzcie, że przedstawienie mojej osoby jest rzeczą trudną - ba... w pewnym sensie rzeczą niewykonalną, jeśli wziąć pod uwagę wszystkie aspekty mojego zachowania, charakteru, wyglądu. Najprościej wmówić coś tym, którzy doskonale mnie poznali - będą oni bowiem wiedzieli, że to co napisałam i pokazałam to prawda, prawda i tylko prawda. Gorzej z resztą blogowiczów, którzy zapoznają się z treścią poniższej notki. *Poniższej* napisałam specjalnie bo w sumie nie przeszłam nawet do wstępu *opisu* mojej osoby. Trudno mi jest napisać o sobie więcej niż przewiduje ustawa. Może dlatego, że zwykle idę na łatwiznę, a może coś mi mówi, że to kiepski pomysł... Czy tak czy siak - obiecałam i obietnicy dotrzymam.
Zna mnie tu kilka osób - Lipa, Madzia... Pewnie by się i więcej znalazło, gdyby dobrze poszukać. A wiem - żadnej skomplikowanej treści. Pogrążyłoby mnie to do reszty wziąwszy pod uwagę mój brak weny, chwilowy zastój wszelkiego natchnienia. Geniusz ulotnił się ze mnie niczym powietrze z przekłutego balonika. Porównanie wyszło niezwykle marne, więc przestaje w tej chwilii. Panie, panowie - przejdźmy do właściwego wstępu:
Wszystko co napiszę w tej notce - wiem, albo z własnego doświadczenia i poznania własnego ja... albo od innych, którzy bardzo często zdobywają się na ten *gest* oceny mojej osoby. Wynika to pewnie z tego, że nie mają za wiele do roboty - wiosna za oknem, ptaszki śpiewają, a jelenie chyżo przemierzają leśne ścieżki... a oni nic tylko rozprawiają o moich dziwactwach. Tak - na zbyt wiele sobie pozwalam. Może i świat nie kręci się wokoło mojej osoby, ale czasem mam wrażenie, że złośliwość przedmiotów martwych zdoła doprowadzić mnie do jawnego szaleństwa. Postaram się spisaś tu wszystko co sama wiem o sobie. Krótki życiorys, krótka ocena, a potem już tylko głębokie *uffff...*, że wreszcie mam to z głowy...

Warto wspomnieć, że wcale nie śpieszyło mi się na ten świat. Być może już przed narodzinami zdałam sobie sprawę, że w sumie w ciepłym brzuchu lepiej niż na ziemskim padole. Chąc nie chcą jednak (i drąc się w niebogłosy) - zostałam siłą zmuszona do opuszczenia swojego bezpiecznego schronienia. Przed pisaniem tych słów i krótkim streszczeniem ważniejszych wydarzeń z mojego życia - przeprowadziłam tu i ówdzie mały wywiad by lepiej się przygotować. Moja mama twierdziła i twierdzi do dziś, że przejawiałam pewne odchylenia od normy już od wczesnych lat. Mówiąc to miała na myśli przede wszystkim to jak się zachowywałam. Byłam poważna, a jednocześnie szalona i otwarta - te dwie cechy szły ze sobą w parze tak nierównomiernie, że moi rodzice często ponoć przyglądali mi się ze zdumieniem. Mając na karku trzy lata wyjechałam po raz pierwszy w góry. Było to dla mnie ogromne przeżycie - pokochałam to miejsce tak bardzo, że nigdy nie odmówiłabym powrotu tam. Jednak, gdy zapalona do pomysłu jazdy na nartach wywaliłam się kila razy i stłukłam niemiłosiernie - sprawa ta natychmiast pozostała dla mnie *odległą przeszłością*. Martwiono się, że już na zawsze zrażę się do narciarstwa. Ale niesłusznie. Już podczas kolejnych ferii - miałam niespełna cztery lata - nauczyłam się jeździć. Mało tego - wzięłam udział w Slalomie Gigancie gdzie zajęłam pierwsze miejsce. Dyplom wręczała mi Jagna Marczułajtis, a duma ogarniała mnie z każdą chwilą większa, gdyż w konkursie nie było żadnych kategorii wiekowych. Zejdźmy na ziemię... po tych krótkich przechwałkach, napiszę kilka krótkich zdań o tym co przytrafiło mi się w latach 5-8. To będzie naprawdę streszczenie...
Kilkakrotnie wyjeżdżałam z rodzicami w góry i ku mazurskim jeziorom. Morza nie wiedzieć czemu - nie lubiłam i nadal nie lubię. Do przedszkola poszłam posiadłwszy już trudną sztukę czytania. Jednak od początku objawiły się moje problemy z matematyką . Późniejsze wydarzenia gaszą uśmiech na mojej twarzy, gdyż 1998, 99 i 2000 rok... to nie były dla mnie lata szczęśliwe. Na pewno nie stracone, ale pełnię życia odzyskałam długo, długo po tym. Wierzcie, albo nie, ale czasem takie rzeczy potrafię zmienić wiele, wiele, wiele... Ech. Nawet teraz ciężko mi o tym napisać.
Szkoła podstawowa upłynęła mi pod znakiem przyjaźni i w wesołej atmosferze. Dopiero klasa szósta przyniosła niekorzystne dla mnie wiadomości. Długo byłam załamana, choć starałam się to jakoś ukryć. Nie przeczę, że teraz nie znaczy to dla mnie nic - zbyt wielu rzeczy się dowiedziałam by rozpaczać. Była by to ujma dla mojego honoru... O ile takowy jeszcze mam?...
Teraz natomiast za mną kolejny rok nauki. Pełen niepowodzeń jak i sukcesów - jestem jednak zadowolona, że udało mi się przez to wszystko przebrnąć. Oczywiście - nie chcę nikomu robić wymówek... przyczyny znane są wszem i wobec w moim środowisku.

Przez ostatnie lata odkryłam w sobie duszę artyski. Wiem już na 100%, że wszystko co ścisłe muszę trzymać na dystans, a zajmować się tym co jest dobrą pożywką dla mojej wybujałej wyobraźni. Nie przemawia przeze mnie pycha, zadufanie w sobie czy też zwykła pewność siebie... ja po prostu czuję grunt pod stopami i trzymam głowę wysoko mimo wszystkich trudności. To chyba dobrze, prawda? Rysuję, piszę - zarówno wiersze jak i mnóstwo opowiadań. Całe zeszyty potrafię zamazać swoimi bazgrołami... a zdarzało się, że i wyznaniami miłości do perskiego Księcia. Przyszły inne czasy i trzeba się zmieniać. Ja z bardzo otwartej, wesołej dziewczynki przeistoczyłam się w dość nieśmiałą, ale jednak mocną stojącą na ziemii dziewczynę/kobietę. Mam świadomość tego kim jestem i jaka jestem co stawia mnie w dość pomyślnej dla mnie sytuacji i świetle... Czuję się dobrze - będąc teraz taka jaką widocznie miałam być. Wiem, że moi znajomi i przyjaciele przyzwyczaili się już do tego wizerunku, a ja zapewniam ich teraz wobec was wszystkich - nie zmienię się. Nie zmienię się bo odkryłam jak dobrze jest mi będąc po prostu... Ewą.

Potworną trudność sprawiło mi wyrzucenie tego wszystkiego, ale wiem, że to musiało kiedyś nastąpić. Niezależnie od tego ile bym odwlekała chwilę, gdy zapragnę coś takiego napisać... w końcu po prostu moje palce bez mojej woli zaczęłyby stukać w klawiaturę. Jest w tym coś zabawnego, żeby nie powiedzieć... wprost komicznego. Ha. Uśmiecham się sama do siebie, a to już dobry sygnał. Myślę, że odwaliłam kawał sensownej i przemyślanej roboty - moje życie podane jakby na tacy. Ale to jeszcze nie koniec atrakcji.

Skoro już się rozpisałam... Wiedzcie, że moim mentorem, tatą i przyjacielem jest nie kto inny jak Hrabia. Dla obcych rzecz jasna - Hrabia Valgo Deską. Ten przezabawny pseudonim wymyślił sobie sam. Czasem używa też określeń takich jak - Neander Talczyk albo James z Kamerą. Znów trudno mi opanować śmiech. Radość dla własnych wspomnień to piękna, wspaniała sprawa...
Co jeszcze dotyczy mnie? Od *nie-pamiętam-już-kiedy* moim ulubionym aktorem jest Johnny Depp. Zaś ukochanego reżysera - dziwaka Tima Burtona i genialnego kompozytora - Danny*ego Elfmana, zaliczam wraz z nim do *świętej trójcy*.
Uwielbiam muzykę. Jest czymś ważnym, ba, może nawet najważniejszym w moim nędznym żywocie. Brzmienie gitar, wokal - wszystko, dosłownie wszystko... Szczególnie umiłowany gatunek to art rock. Nie pogardzę jednak klasykę czy jazzem. Ostatnio rozmiłowałam się wielce w muzyce operowej, a stało się to za sprawą pięknego *Upiora w Operze*. Film powalił mnie na kolana przede wszystkim wspaniałym dziełem Webbera i grą Gerry*ego Butlera. Gorąco polecam .
Z normalnych zespołów zatracam się w dźwiękach: Porcupine Tree, Godsmack i King Crismon.
Moją wielką miłością, hehehe, jest Książę Persji - bohater gier z trylogii *Prince of Persia*. Znowu nie mogę powstrzymać się od uśmiechu... pisać to, to jak gdyby gwarzyć sobie spokojnie ze starymi znajomymi i opowiadać im to i owo o sobie... Dziwne, ale bardzo intrygujące. Wracając do samego Prince*a - nie mogę obejść się bez jego niezwykłych przygód i cudownie błękitnych oczu...

I znowu wszystkie karty na stole. Nie pozostało już nic co mogłoby choć odrobinę owiać moją osobę aurą tajemnicy. Cóż - przynajmniej ja tak uważam. Może to zbyt egoistyczne - zadecydujcie sami... Myślę jednak, że się bardzo rozgadałam i temat został omówiony - pobieżnie bo pobieżnie, ale przecież czy tak czy siak... w każdej notce dowiadujecie się o mnie czegoś nowego, więc siłą rzeczy moja interwencja to tylko dodatek umilający lekturę tego bloga.

Cieszcie oczy, zastanawiajce się razem ze mną jaki to wszystkie cholerstwo ma sens i bądźie pozdrowienia dobrzy ludzie z talka, FW, Rembridge City i nie tylko...

Wasz - Kwiat, Kaileena, Kailuś, Kaileena_Farah, (Słupnik, z pokołonem dla Dogmy)

No, a na koniec obiecana *galeria* dziwactw i nie tylko związanych bezpośrednio ze mną, albo z moimi upodobaniami... Patrzta i podziwiajta.



Tam-ta-ra-dam (a co mnie obchodzi jak to się piszę, hę?!) ... TO JA! To mniejsze stworzenie jest moją siostrą za to to na pozór wyglądające W MIARE normalnie coś - TO JA!

A poniżej moje miłości w kolejności przypadkowej:



*Najsamwpierw* Upiór z filmu *Phantom of the Opera*..............



Po prostu Książę Persji. Nie ma co komentować bo wiadomo wszem i wobec co o nim myślę .



Uroczy, ujmujący, zabawny i w ogóle wspaniały Jack XD ...



Kocham i wampiry i D z *Vampire Hunter D*! Przy okazji manifestuje po raz setny swoje uczucie do mangi i anime...

Ps. Nie bijcie za to, że rozpisałam się dziś okropnie... poczułam taką potrzebę. Doniesienia z ostatniej chwili: Ewa ma ochotę obejrzeć po raz siódmy *Upiora w Operze*... albo zagrać w *Prince of Persia: The Two Thrones*... co wybierze? Jak obstawiacie? Hehehe...

Pps. To pierwsza notka od jakiegoś czasu, w której użyłam emotikonów. Cóż - trzeba jakoś dać upust emocjom...



Komentuj(102)








Grafikę i HTML wykonała: Kaileena_Farah Wszystkie prawa zastrzeżone!!!




Szerzej znana, jako KaileenaFarah.
Moje gg: 7418011


2017
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Teledyski

"Californication" (RHCP)
"Dani California" (RHCP)
"By the Way" (RHCP/Live!)
"I Could Have Lie" (RHCP/Live!)
"Out in LA/1985!" (RHCP/Live!)
"Brandy" (RHCP)
Concert! (RHCP/Live!)
"Otherside" (RHCP/Live!)
"Desecretion Smile" (RHCP)
"Suck my Kiss" (RHCP)
"If you have to ask" (RHCP/Live!)
"By The Way" (RHCP)
"Can't Stop"(RHCP)
"Otherside"(RHCP)
"The Zephyr Song"(RHCP)
Clip reklamowy (super/RHCP)
"Snow" (RHCP/Live!)


Moje zainteresowania...

MOJE FORUM
Filmweb
Oficjalna str. Red Hot Chili Peppers
Adrian Belew
Porcupine Tree
Prince of Persia
Elfwood


Moje rysunki...

Książę Persji (paint)
Portret Shaheena
Jack Sparrow
Dziewczyna z Perłą
Portret Johna Frusciante
Syd Barrett
Gilmour, Mason, Wright (niedokończone)
David Gilmour
Dragon
Plant&Page
Bono
K. i K.
Kamil (...)

Gdzie szukać...

GOOGLE
ONET
wp-wirtualna polska
INTERIA

Co czytam...

Padalec :)
Blog Aneci :)
Lipek :)
Aniołek :)
Madzia S.
Kliknij
Agama :)
Cukiernik :)
Carlotta :)
Cyrk?...
Encore
Edzia!
Ktosiulka
Nimrodelka ;)
Ailene
Muminki!
Ola
Monika
Pentagram
Gabrysia
Malomi!


Red Hot Chili Peppers



Anthony Kiedis- wokalista.



John Frusciante - gitarzysta (mój mistrz)



Chad Smith - perkusista.



Flea - basista.

Blogers.pl


*Stadium Arcadium*

Bells around St. Petersburg
When I saw you
I hope I get what you deserve
And this is where I find
Smoke surrounds your perfect face
And I*m falling
Pushing a broom out into space
And this is where I find a way


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Alone inside my forest room
And it*s storming
I never thought I*d be in bloom
But this is where I start
Derelict days and the stereo plays
For the all night crowd
That it cannot phase
And I*m calling


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Tedious weeds that the media breeds
But the animal gets what the animal
Needs
And I*m sorry


And this is where I find
Rays of dust that wrap around
Your citizen
Kind enough to disavow
And this is where I stand


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now

The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming...to you



*Dani California*

Gettin' born in the state of Mississippi
Papa was a copper
and mama was a hippie
In Alabama she would swing a hammer
Price you gotta pay
when you pick the panorama
She never knew that there was
anything more than poor...
What in the world?
What does your confidant take me for?


Black bandana, sweet Louisiana
Robbin' on a bank in the state of Indiana
She's a runner, rebel and a stunner
Hunt em everywhere
sayin baby whatcha gonna
Lookin' down the barrel
of a hot metal 45
Just another way to survive...


(Chorus) -
California, rest in peace
Simultaneous release
California, show your teeth
She's my priestess, I'm your priest,
yeah, yeah!


She's a lover baby and a fighter
Should of seen her coming
when it got a little brighter
With a name like Dani California
Day was gonna come
when I was gonna mourn ya
A little lotus,
she was stealin' another breath
I love my baby to death


[Chorus]

Who knew the other side of you?
Who knew that all this time to prove?
Too true to say goodbye to you
Too true too say say say...


First to fade her gifted animator
One for the now
and eleven for the later
Never made it up to Minnesota
North Dakota man was
a gunnin' for the quota


Down in the badlands
she was savin' the best for last
It only hurts when I laugh...
Gone too fast..


[Chorus 2x]