Link :: 04.03.2006 :: 17:10
Wczoraj snułam się zdołowana po całym świecie. Dobra - z tym zasięgiem mojego złego humoru przesadziłam, ale w każdym razie naprawdę nie dopisywał... Ale dziś?! Dziś jest cudowny dzień! Czuję się świetnie, nie wiem co się stało, ale uznałam, że genialniej być nie może :D Co prawda - dziś moja siostra wraca od babci, więc koniec ze spokojem w domu, ale prócz tego jest się z czego cieszyć... Przestał mnie nękać ten dziwny, wewnętrzny niepokój, zamierzam wykorzystać ten napad natchnienia. W sumie jednak - nic ostatnio nie piszę i nie rysuje... Powód? Brak weny - może chęci... Nawet jeśli - nie ważne. W pewnym momencie powinno się to zmienić, takie stany zawsze są tylko przejściowe. Uznałam, że najlepiej spojrzeć na to okiem optymistki, nieprawdaż? Hehehe...

Co do pogody - nie będę się wypowiadała. Jedno spostrzeżenie jednak wydaje mi się godne zanotowania... Jest co raz ładniejsza! :D Aż miło wstawać, gdy słońce zagląda przez okno, od razu też przyjemniej wlec się do szkoły. Ach, to chyba naprawdę wiosna tak na mnie działa!

Uzależniłam się ostatnio od oglądania anime *Inu-Yasha* i obawiam się, że szybko mi to nie przejdzie. Codzień muszę obejrzeć przynajmniej z 5 czy 6 odcinków - inaczej koniec ze mną. Ale o tym na koniec bo teraz mam kilka kolejnych spraw do omówienia.
Primo trzeba mieć zamysł - jak to wyśpiewał Łona, ale ja go mam bez wątpienia. I napiszę całkiem szczerze - życie jest piękne. Zbytnio nie mam nic do roboty, ale nie przejmuje się tym wcale. Mogłabym zadzwonić do Dogmy, czy coś, ale na to nie mam teraz ochoty, wolę posiedzieć tutaj sama. Na zegarku mam godzinę za dwadzieścia piąta. Cóż - jak ten czas szybko leci... ale nie mam się co dziwić! Wstałam dziś o 13.00. Ech... :wink:

Ta notka nie będzie długa. Komunikuje jedynie, że żyje i mam się dobrze. Jeszcze na koniec charakterystyka mojej ulubionej postaci z serii *Inu-Yasha* (i oczywiście kilka screenów z serialu, żeby nie było):

MIROKU

rasa: człowiek
płeć: mężczyzna
wiek: 18-19 lat
włosy: czarne
oczy: ciemno-niebieskie
wzrost: 170 cm
waga: 69 kg
status: Houshi (mnich buddyjski)

Seiyuu (japoński): Kouji Tsujitani
Seiyuu (angielski): Kirby Morrow



CHARAKTERYSTYKA POSTACI


MIROKU

Miroku jest mnichem(jap. Houshi). Z ojca na syna rodzina Miroku jest obłożona klątwą, która przejawia się w posiadaniu na prawej ręce Wietrznego Tunelu(jap.Kazaana), który wsysa wszystko wokół do swego wnętrza. Jest to swoista broń, a zarazem wyrok śmierci, gdyż otwór stale się powiększa, aby w końcu wessać swego właściciela. Tak zginął również ojciec Miroku. Naraku jest tym, który rzucił klątwę na rodzinę Miroku. Dlatego głównym celem Miroku jest jego pokonanie.
Bohater kontroluje swoją broń pewnego rodzaju zaklęciem, owijając rękę paciorkami(tzw.mala). Gdy chce użyć Kazaana, po prostu je zdejmuje. Mnich dysponuje czymś w rodzaju magicznej laski, która posiada dużą moc, którą Miroku potrafi wydobyć i wykorzystać dla swoich celów. Przykładem może być Kekkai(pole siłowe): za pomocą swojej laski mnich potrafi wytworzyć barierę ochronną na krótki okres czasu. Poza tym włada zwojami z zaklęciem(jap.fuda-pamiętacie Sailor Mars i Akuriou Taisan!? Jest to dokładnie to samo...), które może rzucić na demona, ducha...W ten sposób aktywność nieprzyjaciela zostaje zniwelowana na krótki okres czasu, dając tym samym czas na właściwą obronę. Miroku jest nadzwyczaj inteligentnym człowiekiem, co przydaje się w walce, gdyż potrafi rozszyfrować nie jedną zagadkę przygotowana przez wrogów. Potrafi uczynić rzeczy czy ludzi niewidzialnymi.

Miroku wykazuje spore zainteresowanie płcią przeciwną. Lubi obmacywać kobiety w najmniej spodziewanych miejscach. Wykazuje pewne zainteresowanie Sango, ale niestety nie wychodzi mu zbytnio okazywanie uczyć, i przeważnie kończy z odciskiem dłoni na policzku^^. A jego flagowe pytanie, które zadaje każdej młodej, napotkanej dopiero kobiecie, to *Czy zostaniesz matką moich dzieci?*. Pyta o to dosłownie każdą kobietę. Nawet Kagome. Jego przyjacielem, i pomocnikiem jest demon(szop) o imieniu Hatchi. Miroku to przystojny facet, z czarnym włosem na głowie.
Sango zwraca się do Miroku z szacunkiem, per *Houshi-sama*. W ogóle zazwyczaj bardzo się szanują. Oczywiście nie wtedy gdy Miroku zostaje owładnięty obsesja dotknięcia pewnej tylnej części ciała Sango, wtedy wiecie co się dzieje...

A oto on w osobie własnej:






Dobra, dobra... nie męczę więcej... W najbliższym czasie planuje założenie strony poświęconej M&A i tam będę ludziom głowę zawracać, hehehehe :wink: Pozdrawiam serdecznie!!!

Ps. I ta charakterystyka nie była pisana przeze mnie, wprowadziłam jedynie drobne zmiany, w miejscach gdzie autorzy się pomylili...

Pps. Znalazłam jeszcze kilka zabawnych teledysków z Miroku w roli głównej. Prawdopodobnie nikomu się nie będzie chciało oglądać, ale zapodam, żeby nie było :)

To chyba moje ulubione, dobrze dobrane scenki i muzyka a*propo owej postaci... XD

Całkiem fajnie dobrane scenki, niezłe, niezłe... XD

Teraz już naprawdę koniec! Hehehe...
Komentuj(35)


Link :: 10.03.2006 :: 20:13
Zanim krokiem pełnym zadumy udam się na dół do kuchni by uruchomić wdzięczne urządzenie zwane mikrofalówką, zanim wrzucę doń paczkę kukurydzy gotowej do prażenia... napiszę nową note. Obiecałam, że gdy tylko dostanę się wreszcie do tego głupiego edytora - zrobię to bez wątpienia. I tak się też dzieje. Nie będzie to notka uboga. Jak napisałam w ostatnim komencie pod poprzednią - miałam dziś dzień pełen przemyśleń. Zasadniczo - nie wiele się zmieniło. Znów jestem sama. Doszłam do konstruktywnego wniosku, że świat zmierza ku nieuniknionej zagładzie. I wszystko jest ładne, ba nawet piękne!
Ale za nim o tym...
Coś ze spraw bardziej przyziemnych dam na wstępie. Jest to już pewnie z sześćdziesiąta notatka na tym blogu, co wpędza mnie w nie lada dumę, zachwyt itd. itp. ... Po prostu - cieszę się, że po tylu miesiącach nadal prowadzę swojego kochanego bloga i nie zamierzam z tego rezygnować To moja miłość i nie zostawię tej stronki, hehehe...
W budynku powszechnie zwanym szkołą nie zdarzyło się nic godnego uwagi. Mamy piątek, więc koniec tygodnia nastąpił. Uff. Nie powiem, że mnie to nie cieszy... dwa dni wolnego to perspektywa nader intrygująca! Nieprawdaż?
Siedząc tak sama, alone - nawet... dochodzę do pewnego ciekawego wniosku. Za oknem ciemno, dziwnie trochę. Porozpalałam wszystkie światła chociaż tak bardzo mrok lubię... Jakieś dreszcze przebiegają mi po plecach. Cholera wie co tu jest grane?!... Brr.
Po powrocie do domciu musiałam zostać i pilnować mojej siostry. Zero grania na kompie, zero Internetu - to mnie do reszty dobiło! Ale teraz nareszcie loooz. Popocieszałam trochę Magdę S. - nie załamuj się, nie warto Piękne jest nasze życie mimo jego wszystkich wad, naprawdę! Co prawda moje dzisiejsze myśli za wesołe nie były, ale w gruncie rzeczy nie będę ukrywała skrajności moich uczuć. Raz jest dobrze, raz jest źle i nic a nic tego nie zmieni, prawda???...

Ooo. I po tym interesującym (mam nadzieje) wstępię, przejdę wreszcie do istoty mojego dzisiejszego wykładu. Otóż uznałam, zadecydowałam... nazwijcie to jak chcecie, że życie artysty jest na tyle trudne, na tyle ciężkie i pełne wyrzeczeń, że wybierający je człowiek musi... przygotować się na to odpowiednio. Co powiedział mi Hrabia? Jedną, dosyć prostą rzecz: *Nie można się poddać. Często tacy ludzie doczekują tragicznego końca. Ale... czego się nie robi dla dobrej zabawy??...*. To ostatnie wypowiedziane było z iście szelmowskim uśmiechem na twarzy. I czy uwierzyłam? Tak. I zaczęłam nad tym intensywnie rozmyślać. Pomogły mi w tym dwa zastępstwa w szkole, dwa wf-y. Miałam okazję by spokojnie usiąść na parapecie, wrzucić słuchawki na uszy i włączyć mp3. Dość łagodne dźwięki *Dearest* postawiły mnie na nogi... i wtedy: *NO JASNE!!!*. Olśnienie!
Ogarnął mnie błogi stan. Byłam świadoma, że właśnie w tym momencie osiągnęłam *kolejny stopień wtajemniczenia* - jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało. Niech ci wszyscy marni niedowiarkowie odejdą! Precz! Właśnie odkrywam kolejne *ja*!
Ludzkość - społeczność, jeśli mierzyć niżej - ma pewne określone cele. Każdy z nas wie, że ma do spełnienia obowiązki, wobec siebie czy innych. Ma też właściwie prawa. Ale co z tego? Dostaję do ręki nóż, zaszlachtuje wszystkich - ale fajna sprawa. A później?...
Mam pistolet. Numer kalibru jest nie ważny. Zastrzelę własnego psa. I co mi z tego przyjdzie??... Czy stanę się szczęśliwsza, oczyści mnie to? Pieprzenie. Nie o to w życiu chodzi. Owszem. Zaprzeczam własnym słowom, ale w końcu od tego jestem *filozoficzką*, jak mnie nazwała towarzyszka Shakira. Ja tu nie jestem od tego by zmieniać WASZE poglądy. Ja po prostu staram się wyjaśnić to i owo. By było jasne jak daleko już *odjechałam* w tym co robię.
A co robię?
W gruncie rzeczy nic! NIC, NIC, NIC!
Zabawne. Wczorajszego wieczora wróciłam do swojego pokoju. Korzystając z okazji, że byłam sama - przechadzałam się po całej górze. Tak w te i wewte. I nagle - nirvana. Kurcze, nirvana
Nie dosyć, że prowadziłam ze sobą całkiem interesujący monolog, jeszcze zaczęłam się głupkowato śmiać, bowiem to co mówiłam było tak trafne, iż... zdziwiło mnie. Zaskoczyło może. Ja tu nie zamierzam kogokolwiek przekonywać, ale sami pomyślcie. Jeśli jesteście rozsądni... mając do wyboru drogę zastanowień, znajdowania odpowiedzi na własne pytania... po drugiej stronie codzienność, szarą rzeczywistość, która wolna jest od czegoś...głębszego! CO WYBIERACIE??...
Ja prędzej wybiorę trzecią opcję - śmierć. Nie, nie, nie... nie zrozumcie mnie źle! Nie jestem głupia, nigdy nie popełnie samobójstwa. Uważam, że życie jest wspaniałe, piękne... i, że to co nas otacza zasługuje na mój zachwyt. Ale ludzie potrafią niszczyć. Nie zauważacie tego? Wszystko co robimy ma w sobie jakąś krztynę samokrytyzmu? Chyba jednak odpowiedź musi być przecząca. Za cholerę nie potrafię tego pojąć. Chociaż rozumiem dużo. Może zabrzmi to za bardzo pysznie, ale - rozumiem, więcej niż sporo osób, które znam. Pozostanę sobą. Nikt mnie nie zmieni. Odpowiada mi to w jaki sposób pojmuje świat!!!

I to właśnie chciałam napisać. Tak. Wyrzuciłam z siebie wszystko co dziś poddałam pod rozważania i uznałam - z niemałym wzruszeniem - że był to przełom. Kto wie? Może teraz powróci moja wena?? Mimo, że nie istnieje coś takiego i ja o tym doskonale wiem Ale pomarzyć można! Hehehe... Humor mam całkiem dobry - żeby nie było! Więc - pozdrawiam wszystkich odwiedzających (i nie tylko!), liczę na mnóstwo komentów (jak zwykle)

KWIAT

Ps. A na koniec, żeby nie było za pusto - dodam chociaż jedną foteczkę... tym razem gość, który ma klasę. Sess specjalnie dla was :* (i żebym ja mogła nacieszyć oczy chociaż troszeczkę )...




Komentuj(32)


Link :: 12.03.2006 :: 20:32
Ja? Naprawdę ja to napisałam? Nikt inny, tylko ja musiałam pokusić się o tak perfidne stwierdzenie? Nie poznaje swoich własnych myśli, dziwne uczucie. Zapanował tu straszliwy nieład, sama nie wiem od czego zacząć, co wpierw zrobić. Kończy się kolejny tydzień, w sumie - nie specjalnie wiem czemu chciałam utrzymać moje pisanie w tym dosyć dziwacznym stylu. Dzisiaj mamy niedzielę, dzień nie wyróżniał się niczym szczególnym. A jednak zadecydowałam o kilku ważnych sprawach, zmieniłam to i owo, ułożyłam na półce moją kolekcję mang... od razu zrobiło mi się raźniej. Po prostu uświadomiłam sobie, że w gruncie rzeczy to w jakim tempie wykonuje swoje obowiązki - nie liczy się. Ważne, że w ogóle wzięłam się za poukładanie całej tej pogmatwanej sytuacji w moim życiu. Za to należą mi się brawa. No? Co tak cicho?

Och! Już musiałam tego ENTER-a przycisnąć! Nie mogłam wytrzymać. A więc mamy kolejny *akapit*. Miejsce na zawarcie w nim rozważań, miejmy nadzieje - dosyć interesujących. Ponieważ zauważyłam ostatnio u niektórych moich znajomych tendencję do nadużywania pewnych przypadkowych wyrazów, uznałam, że warto by się zastanowić nad sensem tego przedsięwzięcia. Wszakże takie *odjechania* zdarzają się i mi. Tak jak wtedy, gdy używałam jeszcze tych zacnych słów: *Ga*, *Gu*, czasami *Ge*. Cóż to były (aaaach) za czasy! Nawet by mi za tamtych dni przez głowę nie przeszło, że zawita do mnie owa wspomniana tu i ówdzie mroczność. A tak, tak. Jakiś impuls, coś mnie natchnęło. Może to seans *Vampire Hunter D*, a może jakaś zwyczajna chęć oderwania się od rzeczywistości, ale tym razem pogasiłam wszystkie światła. Ja naprawdę lubię ciemność, jestem czymś w rodzaju nocnego stworzenia, które tylko czeka na chwilę, gdy na niebie pojawia się srebrny księżyc, wyją wilki... błeee, błeee... co ja piszę?! Toż to scenariusz wyjęty z podrzędnego filmu fanstasy, żadna ze mnie dziewczyna Van Helsinga! Nie myśleć sobie niczego takiego... ja tu zwyczajnie staram się nieco wyciszyć przed jutrzejszym porankiem, który w całości spędzę w pewnej doskonale wszystkim znanej instytucji państwowej. Lubię, lubię układać zawikłane zdania. Lubię zdania długie, na pozór pozbawione sensu, a jednocześnie wręcz nim iskrzące. O nie! Miało nie być nawet kawałka źródła światła w tej notce. A więc nie będzie. Cofam poprzednie. Teraz znowu powracamy do mrocznej świadomości. Nad głową przefrunęły mi dwa wdzięczne nietoperki, życie jest piękne.

Ku czemu właściwie zmierzam? Ha, ha. Dobre pytanie! Jakkolwiek bym się nie starała - zawsze plotę coś co najmniej dziwnego. Czemu? To tajemnica. Jakaś nieodgadniona tajemnica, odkrycie jej jest raczej bezcelowe, ba - prócz tego raczej niemożliwe, więc na wstępie apeluje by dać sobie z tym spokój. Lepiej usiąść wygodnie, włączyć telewizor i obejrzeć choćby... *Na Wspólnej*. Ale może... wśród was... znajdą się chętni by przemyśleć to co napisałam. Może to nie jest tak, że całkiem już pochłonęła nas nasza *normalność*. Wszelkie typy, wszelcy geniusze (o tak ładniej brzmi), którzy zdecydowali się na takową odskocznię w *paranormalność* (przytoczoną tu ze względów naukowych i nie tylko) skończyli albo źle, albo po prostu skończyli. Nie ma żadnej drugiej strony? Przypomina mi się zabawny cytat ze *Shreka* (to tylko momencik... nie zapomniałam, że ma być wpełni mrocznie) - nasz zielony ogr i jego Osioł stoją na drewnianym moście przed zamkiem gdzie więziona jest Fiona... O:*Shrek! Ja w dół patrzę! Nie!!! Boże, no nie mogę! Wypuść mnie stąd! Proszę!!!*,S:*Ale jesteśmy już w połowie...*,O: *Tak! Ale ja już znam tamtą połowę!*. Hmm, hmm.

Fiu, fiu. Nie ma ani jednej emotikonki w tym co napisałam. Gdyby znalazła się jakaś - mroczna... czarna... jakaś wywołująca dreszcze... chętnie bym z takowej skorzystała. A tak muszę zadowolić się stanem rzeczy - czyli jej brakiem. Zajęłam się ostatnimi czasy twórczością swoją i ludzi mi bliskich. Co tu dużo mówić - wszystko takie ciemne. Jakieś twarze pozbawione wyrazu, a gdy już nawet... wykrzywione w potwornym bólu bądź zamyślone. I tak na wieki, wieków... Nie dopowiem bo nie ma sensu. Jestem ateistką.

Aaach... co obiecałam? Rysunek?

Too sexy Miroku

A proszę bardzo. Niezbyt cnotliwy mnich Miroku, tyle, że nie mangowy i jak najbardziej mojego autorstwa. Charakterystyczny zarost mojej długoletniej - już jestem w stanie tak rzec, mija trzeci rok - miłości czyli Księcia z *Prince of Persia*. Rysunek ze specjalną dedykacją dla Magdy S. ...
I hope you like it.

I, aby podkreślić swój indywidualizm, w końcowych zdaniach tej notki... zrzucam mroczną zasłonę. Łaa! Ile światła!



Pozdrawiam serdecznie - Kwiat

Ps. Na fotce - Naraku. Może ktoś skojarzy kim ów *człowiek* jest, był lub będzie (nie obeszło się bez jakiegoś zwrotu, który ZNOWU pozbawił moją wypowiedź około 50% sensu...)!
Komentuj(60)


Link :: 14.03.2006 :: 19:00
Ciekawe, ciekawe. Nasuwa się jedynie pytanie... CO jest takie ciekawe. Spokojnie. Nic nie stoi na przeszkodzie bym napisała - rzecz jasna w swoim czasie. Wpierw zacznę od przygotowania was na to co nastąpi w notce, którą właśnie (tak wspaniale się składa) - czytacie. Myślę, że warto o tym wspomnieć na samym wstępie, by tekst nie dzielił się więcej na fragmenty sensowniejsze i mniej sensowne, gdyż była by to zwyczajna ignorancja z mojej strony. Cóż. Skoro zapadła iście niepokojąca cisza, z głośników sączy się *Epitah* z pierwszej płyty *King Crimson*... gaszę światło by wczuć się w klimat. Ma on smak truskawek, a słuchając owej pieśni mam w głowie pewną wartą uwiecznienia myśl: *Za pięć minut skończy się świat, ale poczekajcie, włożę tylko kapelusz*. Tym niemniej dziś nie mam dobrego nastroju i to chyba jest punkt kulminacyjny mojego dzisiejszego wykładu. Ponieważ obiecałam - piszę. Sporo by mogło się znaleźć przykładów...niezwykłości tego tekstu. O. Choćby to, że postaram się, aż do końcowych zdań nie użyć ani razy ENTER-a. Wszystko ma być spójne, a dzisiejsze hasło brzmi: *jedność*. Ha. Zapanowało niezręczne milczenie. Całość pojmowana jako jeden przedmiot lub jedna osoba, takie jest przesłanie. Mrok moich ostatnich przemyśleń gdzieś się ulotnił i z dumą stwierdzam, że umysł mi się rozjaśnił - jakkolwiek byście tego nie zrozumieli. Znów zaczęłam rysować. Może i te prace... hmmm... nie są za bardzo optymistyczne, ale da się przeżyć wahania osobowości, gdy właśnie te wszystkie drastyczne sceny przeleje się na papier. Wykorzystałam zeszyt od języka hiszpańskiego, gdy dopada człowieka natchnienie - pojmowane TAK A NIE INACZEJ - nic chyba się nie liczy. A więc zamazałam całe trzy końcowe strony i niezwykle dumna - przyglądałam się swojej pracy. Jeden narysowany przeze mnie człowiek, całkiem przystojny zresztą, w następnych klatkach mini-komiksu stworzonego na jego potrzeby został pozbawiony głowy i palców u nóg. Sama nie wiem dlaczego nie u rąk, ale wydało mi się to bardziej oryginalne. Nie będzie mógł wszak chodzić... chociaż... o głowę skróciłam go wcześniej, więc i tak nie dałby raczej rady nigdzie iść. Ha. Nie wywołało to u mnie żadnych emocji. Chyba w ogóle NIC już nie potrafi pobudzić mych uczuć do życia. Sceny brutalne, sceny w których krew i ludzkie wnętrzności wylewają się z ekranu - kompletnie mnie nie wzruszają. Za to bezpodstawne łzy spływają mi po policzkach w obliczu dźwięków pięknej muzyki czy też ujęć na swój sposób romantycznych, może być to liść drżący na wietrze... może to być każda inna bzdura obok której normalny człowiek przejdzie obojętnie. Czy ktoś pamięta jednego z bohaterów filmu *American Beauty*, który nagrał na kasecie film przedstawiający targaną na wietrze torebkę, zwykłą foliową torebkę... *wędrowała* ona w te i wewte po ulicy, zupełnie bez przyczyny. Może też bez sensu, ale gdy aktor grający tę rolę o niej opowiadał... nie mogłam powstrzymać łez. Czemu tak się działo?...
Phoenix. Tak - on grał owego chłopaka. Co takiego niezwykłego dostrzegł? To nie był znak od Boga, to nie był sens jego istnienia czy coś tak płytkiego. Stawiam kolejne pytania, ale jak na razie brak mi na nie odpowiedzi. Spokojnie, spokojnie. Wszystko w swoim czasie! Zdaje mi się, że właśnie teraz mogę użyć odpowiedniego słowa. Melancholia. Pustka. Ale pustka inspirująca. Taka, której było mi jak najbardziej potrzeba, uwielbiam samotność z wyboru. Wyciszenie się i słuchanie kolejnych taktów ukochanej muzyki, blade światło na mojej klawiaturze (pod tym kątem widzę jedynie zarys napisu *Logitech*, który w gruncie rzeczy i tak i tak niczego nie zmienia...). Ach. Teraz właśnie wiem, że czasem pojedyńcze chwile decydują o tym kim jesteśmy naprawdę. I chociaż staram się zachować w pamięci owe momenty, krótkie i bardzo ulotne - nie udaje się. Są i tacy, którzy poszukują *sensu istnienia* przez całe swoje życie. Jeśli jesteś którymś z tych...zaraz, zaraz - o kim była mowa na początku? Ignorantów. Jesteś ignorantem tego pokroju... dążącym jedynie do zrozumienia, a nie chcącym zauważyć tego co zauważalne nie jest. Jeśli nie chcesz spojrzeć przez *szkła koloru pomarańczy*, o których rozpisałam się w jednej ze swoich prac... zginiesz marnie. No ba. Pięknie mi wyszło to *zginiesz marnie*. Znalazłam dziś na swojej drodze dosyć interesujący przedmiot. Miał kształt okrągły, był ciężki. Kulka. Nie wiedzieć czemu wylądowała pod moimi nogami. Parę minut później stwierdziłam, iż to kamień, więc włożyłam znalezisko do kieszeni i udałam się wolnym krokiem do domu. Będąc jeszcze w kuchni, zdejmując kurtkę i już prawie, prawie... siadając do obiadu - ów kamień wypadł na podłogę i robiąc sporo hałasu potoczył się pod stół. Moja mama, będąc osobą dość przesądną stwierdziła, że przynoszenie kamieni pod jej dach to oznaka bezmyślności. Wszak takie cuda zawsze przynoszą nieszczęście. Wzięła mój skarb i wyrzuciła go za okno, a mi pozostało tylko długie i efektowne westchnięcie. Dlaczego tak się stało? To jest dopiero ignorancja! Jak można było nie dostrzec, że TAK MIAŁO BYĆ?! I poza tym... kamień był taki piękny w swojej prostocie. By opowiedzieć tę historię - naprawdę zebrałam się w sobie. Pocierpiałam trochę, ale już mi lepiej. Zapewne w tym momencie te ze dwie czy trzy osoby, które naprawdę moje wywody przeczytają - ziewną ze zmęczenia. Długo i namiętnie dziś rozpisuje się o rzeczach z pozoru nie ważnych... Wielką trudność sprawi mi też odnalezie odpowiedniej *ilustracji*, która zobrazuje w sprawny sposób to co miałam dziś do przekazania. Ku pokrzepieniu serc i wiary - nie chcę nikogo namawiać na jakieś... zmiany. Ale odwagą było by zaobserwowanie... chociaż czasem - czegoś mniej codziennego. Nie odkrywam tu nieodkrytego. Nigdy, przenigdy tak nie pomyślałam! Ale staram się uświadomić niektórym, że nie warto marnować swoich aspiracji, ambicji - szeroko pojętych oczywiście - na rzecz rzeczywistości. A tak. Sugeruje, że te nasze drobne marzenia są bezcenne. I chyba każdy kto nie jest ignorantem, kto ceni jedność rzeczy i przedmiotów... umie zauważać.



Pozdrawiam serdecznie - Kwiat

Ps. Na fotce - Sesshoumaru-sama. Starszy brat Inu-Yashy. Jest youkai.
Komentuj(66)


Link :: 19.03.2006 :: 00:43
A chciałam zacząć tak pięknie! Chciałam zacząć tak byście wręcz pospadali z krzeseł, foteli... czy na czym tam jeszcze siedzicie. No cóż. Cały plan legł w gruzach, moje zawiłe knowania doprowadziły mnie do jednego, prostego wniosku - lepiej nie zaczynać. Mamy sobotę, dobra, dobra - PRAWIE niedzielę. Samopoczucie znośne. Bliżej mu do nieznośnego, ale co poradzić. Mam w myślach stary film: *Odmienne stany świadomości*, a wokoło panuje dziwny chłód. Nie twierdzę, że mi to przeszkadza. Zimno ogólnie przywraca mi trochę trzeźwości. Obiecuje, że to o czym zamierzam napisać, meritum tego wszystkiego (tu parę osób parsknię z politowaniem kręcąc głową... toż to nie ma żadnego sensu jak do tej pory...) jest łatwe, miłe i miękkie. To ostatnie zostało zamieszczone ze względu na znane i lubiane powiedzenie mojej siostry. Jeśli jej się coś podoba z dumą oświadcza, że jest: *miłe i miękkie*. W głośnikach wdzięczne Jeżozwierze, a za oknem mrok. Nie mogę się rozstać z intrygującym zdaniem: *It*s so erotic when your make-up runs...* autorstwa *Porcupine Tree* i ciąglę mam ten tekst w głowie. Natrętne, natrętne, nie powiem... Ciekawa aranżacja, ale uzależnia. Miało nie być ENTER-a, więc nie będzie. Chyba, że uprę się przy jakiś swoich nowych założeniach, ale na to na razie się nie zanosi. Nie przerwę żadnej tradycji, gdyż było by to zwyczajna ignorancja (nadużywam tego słowa tak jak kilku innych...). Mam zamiar napisać coś sensownego? Tak twierdzę? Hmm. Naprawdę? Może powinnam to cofnąć? Wymazać jakoś? Ale chyba nie ma ku temu podtsaw. Lubię pisać, im więcej tym lepiej bo mogę zmieścić tu obszerniejszy natłok przemyśleń. To jakby układać jakieś chore obrazki z całego tygodnia. Mogłabym równie dobrze napisać, że śniło mi się, iż jestem facetem, ale w gruncie rzeczy to prawda i nie ma najmniejszego powodu by zaprzeczać. Wizja ta - niecodzienna, dla innych gorsząca - była naprawdę inspirująca i chyba taki cel był w jej przeżyciu. Czy ja wariuje, czy wariuje ten gość, którego głos przemawia do mnie tymi oto słowy: *Collapse the Light Into Earth*? I wszystko jasne. Miałam dziś wielką ochotę otworzyć okno, wpierw obrzucić wyzwiskami sąsiadkę, później zaś zaśpiewać/zafałszować znaną pieśń *Pink Floyd* - *Another brick in the wall*. To było emocjonujące, zwłaszcza, że drugi punkt moich zamierzeń zrealizowałam. Co prawda owa pieśń nabiera nowego sensu dopiero w murach szkolnych, ale nie przejęłam się tym zbytnio. Wszak w życiu trzeba być oryginalnym. Tak? Nie? Dobrze, jakiekolwiek zapewnienie mnie o słuszności MOJEGO zdania są tu nie na miejscu. Pojmuję to.
Próbuje złapać jakiś konkretny wątek. Być może podsumować ten tydzień. Staram się jak mogę - uwierzcie mi. Ale czuję, że to nie jest odpowiednia pora by o minionych chwilach pisać. Napomknęłam nawet o możliwości zamieszczenia tu jakiejś swojej fotki z lat dziecięcych czy też nie, ale naprawdę nie mam teraz do tego głowy. Zrobię to w najbliższej przyszłości, gdy tylko zbiorę się w sobie i przyrzeknę na własny honor, że są światy inne niż te. Zdaje sobie sprawę, że zabrzmiało to co najmniej dziwnie, ale taka już jestem. Nigdy do końca niczego nie wyjaśniam i w gruncie rzeczy dwuznaczności lubię doszukiwać się wszędzie gdzie to tylko możliwe! Można rzec, że tak jak G. (lub samotny rewolwerowiec Kinga) z jednego z moich opowiadań poszukuje czegoś w rodzaju *ka*, chociaż wiem, że nie istnieje. Mogłabym już stworzyć niemałą listę rzeczy, o których wiem, że są jedynie wymysłem, ale mogłaby ona spotkać się z krytyką ze strony tej wąskiej widowni, która odkryłaby ją w sieci, więc daruje sobie ten krok. Co nie oznacza, że boje się głosów na *nie*. Nie bawią mnie jednak wszelkie spory. To takie dziecinne i takie bezsensowne. Być może i te dwa drobne argumenty są dziecinne i bezsensowne, ale chyba nie ma potrzeby rozpisywać się i uzasdniać tego właśnie zdania... I teraz mogę z dumą napisać: lalalala. Marzyłam o tym. Serio.
Tak samo marzy mi się *blablabla*, ale to inna bajka. Chciałabym użyć znowu bez zażenowania zwrotu: *Ga*, o którym zdaje się wspominałam gdzieś wcześniej. Kluby moich anty-fanów zostały pozamykane, niepokoi mnie to. Taki brak zaangażowanie jest zgubny, prawda? Ba. Jak ja w ogóle śmiem pisać o czymś takim?!
Dochodzę do momentu, w którym zastanawiam się poważnie nad nazwaniem klimatu notki, którą w tym momencie czytacie. Jest ona przepełniona wszystkim po trochu. Nie ma w niej zbyt wielu uczuć, nie stać mnie na takie luksusy w świecie pozbawionym światła. Znowu chcę zacytować: *Collapse the Light Into Earth* i dopowiedzieć swoje - *Przydało by się...*. Gdzieś w oddali widzę dwie migoczące latarnie. A właśnie. Nigdy nie dałam za wygraną... chciałam przeforsować pomysł opisania wam swojego widoku z okna. Nie wiem czemu, ale wydaje mi się to konieczne. Teraz akurat panuje tam mrok, niebo jest zachmurzone, nie widać księżyca ani gwiazd, więc ciężko będzie zaobserwować coś godnego uwagi. Napisałam o dwóch latarniach. To nadal aktualnę, to faktycznie coś rozjaśniającego te zawikłane ciemności. W domu znienawidzonych sąsiadów widzę włączony telewizor. Daleko, daleko - lekki zarys naszego garażu. Samochód rzecz jasna nie wstawiony, kluczyki się zapodziały. Jak mam ścierpieć takie niedociągnięcia? Ale jedno jest pewne - zawsze jest inaczej. Budzę się rano i nie jestem pewna czy na dywaniku przy łóżku będzie spał mój Maximus czy też aligator w swej naturalnej postaci. A może Ryjek z *Muminków*. Jego także wielbię. Ilu jest takich, którzy zasłużyli na moją dozgonną miłość, wdzięczność czy też bezcenną przyjaźń? Hę? W gruncie rzeczy takich osób znalazło by się... może około dziesięciu. Tak by policzyć na palcach obu rąk, ja naprawdę lubię uproszczać sobie każde zadanie.
Zerkam ze spokojem na zegarek i stwierdzam, że notkę piszę już więcej niż godzinę. Ciężkie jest życie artysty. Czas biegnie nieubłaganie, co ktoś rozsądny raczył zauważyć już dawno, dawno przed moim przyjściem na ten ziemski padół. Bla, bla, bla... (...nareszcie to zrobiłam!!!...)
Hrabia niecierpliwie zagląda mi przez ramię. Nie mogę uwolnić reszty swoich myśli. Chyba zaczynam powoli... przestawać ogarniać to wszystko. Jedyne po co sięgam po omacku to przycisk *play* w wieży by rozkoszować się *Heartattack in Lay By* z *In absentia*. Miłe to to dla ucha i takie... mało radosne. W poszukiwaniu prawdziwego imienia atmosfery tej notki zawiało mnie, aż w te zakamrki. Przyjemnie tu. Siedzę sama w pokoju i piszę, uchyliłam okno dachowe by wpuścić nieco nocnego powietrza. Łaa. Chłodne. Przeszły mnie dreszcze co zdarza się niezwykle rzadko. Teraz znowóż *Strip the Soul* (wiem, że truje straszliwie, ale inaczej nie potrafię). Prawda zawarta w refrenie tej pieśni powala: *This machine, Is there to please, Strip the Soul, Fill the hole, A fire to feed, A belt to bleed, Strip the Soul, Kill them all*. Piękne. Zaprło mi dech w piersiach. Zaaranżowane niesamowicie. Rock, honor, ojczyzna. Doprawdy - to jest to!
Akurat teraz przyszła mi do głowy odpowiedź! To jest notka utrzymana w klimacie nie dosyć, że dziwnym to jak najbardziej alternatywnym. Można się też pokusić o stwierdzenie, że prozaicznym. Ha, ha, ha. To mi się pięknie udało. Teraz już wiem o czym pisałam przez godzinę. Napawa mnie to najprawdziwszą satysfakcją. Cudnie.
*I got wiring loose inside my head* - to chyba dobre określenie mojego stanu. I tym kolejnym, muzycznym akcentem skończę swe wywody. Nie dochodząc może do żadnych właściwych wniosków, ale zdając sobie sprawę z jednego: *I got a place where all my dreams are dead*.



Ps. Miał być Shippo, ale zapragnęłam napawać się widokiem najprawdziwszego bishonena, w dodatku o kolorystyce włosów podobnej do mnie. Tasuki 4 all my friends.

Pozdrawiam serdecznie - Kwiat
Komentuj(65)


Link :: 26.03.2006 :: 00:40
Nie miało być żadnej myśli przewodniej. Wcale nie zamierzałam pisać o niczym konkretnym - bądź co bądź, ostatnimi czasy zdarza mi się to wcale często. Jednak pewne rozważania (na razie pominę czego dotyczyły) doprowadziły mnie do: a) kilku ciekawych wniosków b) skrajnego poczucia własnej wartości c) skrajnego poczucia własnej bezdradności d) pierwszego w życiu stanu wstydu, że należę do rasy homo sapiens.
Ale może zacznijmy od początku. Pogodziłam się z ENTER-em, na rzecz czytelniejszej i przystępniejszej notki (o ile to możliwe). Trzeba też podkreślić fakt, że mam prawie tydzień zaległości co przyprawia mnie o dreszcze, mdłości i zawroty głowy. Dorzućmy do tego odruchy maniakalno-depresyjne względem: a) Księcia Persji b) Porcupine Tree c) Ult!mate*a... i mamy pełen komplet. Zauważyłam pewną zgodność, już na wstępie. To dobrze wróży - wygląda na to, że odzyskałam cząstkę natchnienia i napiszę dziś coś sensownego.
Amen.
Zapewne znów zastanawiacie się do czego zmierzam. (Tu moment na szelmowski uśmiech). Otóż postawiłam sobie dziś jasny, prosty cel. Rzadko kiedy taki znajduje, więc z dumą mogę stwierdzić, iż mijający z wolna, ale jednak tydzień - był pełen wrażeń. Oczywiście - i lepszych i gorszych, ale nic nie jest w życiu idealne. Nie chcę tu opisywać wszystkiego po kolei, gdyż było by to zwyczajnie nudne, aczkolwiek staram się uporządkować wydarzenia... czy alfabetycznie czy też może *poziomem ich swoistej ironii losu*. A tak, tak... to ostatnie pojęcie towarzyszyło mi nader często. *Ironia losu* w moim akurat przypadku jest tematem obszernym, prawdę powiedziawszy jednak (a raczej *napisawszy*) - ja mam czas. Ja mam możliwości i nie zawaham się ich użyć. Znowu na zegarku wyświetla się godzina stosunkowo późna, niedługo cyferki ustawią się w rządek: 23:40. I niedziela. Mamy ten nasz upragniony dzień, a może raczej dzień znienawidzony. Jak to pojąć?
Mój bliski przyjaciel napisał mi kiedyś takie o to słowa: *Każdy ma swojego Psychopatę, poniekąd też każdy ma swego Gościa*. Zrozumiałam go od razu. Wy niekoniecznie. Chyba nie wszyscy są zapoznani z moją *kultową*, *Balladą...* o dość specyficznym temacie. Zestawienie w prawdzie prostych czynników, dało nieoczekiwany efekt. No ba. Okazało się, że ów wspomniany towarzysz, mianowicie towarzysz Master Chief (by nie podawać prawdziwych danych), miał swój ukryty cel. Wszelakie filozoficzne myśli jakie zdołałam wygrzebać z umysłu tego ciekawego okazu były zawsze na tyle zawikłane, iż porównać je można z językiem prawniczym wręcz. Bądź co bądź MC studiuje właśnie prawo. To się nazywa *ironia losu*...
Wczesne godziny poranne, poniedziałek. Zadziwiająco lekki ból głowy, organizm nadrabia jednak cierpieniem dostarczanym przez któryś z zębów. Nim jeszcze dobrze otwieram oczy, nim widzę piękny świat za oknem... sięgam ręką do tyłu, w poszukiwaniu mp3 zwalam sobie na głowę trzy twarde pudełka z grą *Prince of Persia* (przepraszam - cztery, nie policzyłam bonusowego soundtracka z muzyką z trylogii). Zdołałam jedynie wydusić z siebie marne *Aaauuu...*, byłam świetna w swojej roli, prawie tak dobra jak Shrek, kiedy Fiona wyszarpuje mu strałę z tylnych partii jego zielonego ciels...ciała. Co mam na myśli? Ogólnie dlaczego to piszę? Hmm. Po pierwsze dlatego by opisać w skrócie swój poniedziałkowy proces zwleczenia się z łóżka, po drugie po to by uświadomić wam zwrot *ironia losu* w całej jego okazałości i z mojego punktu widzenia.
Mogę się pokusić o stwierdzenie, że cała ta notka jest *ironią losu* (nawet już nie zwracam uwagi na powtórzenia). Mam mętlik w głowie. Starałam się jakoś wybrnąć z sytuacji, ale się nie udało. Spędziłam osiem godzin w sławionej instytucji publicznej, po powrocie do domu pośpiesznie przystąpiłam do konsumpcji pierogów-jakiś-tam, po czym wsiadłam w miejski środek transportu o wdzięcznym numerze 515 by udać się do Centrum. Konkretnie pod te cholerne Domy Towarowe, których jedynym plusem jest mój umiłowany *Empik*. Tak. To moje królestwo.
Skradając się niczym żeńska wersja Sama Fishera ze *Splinter Cella*, szybkim tempem pokonałam przejście podziemne i zgrabnym truchtem dobiegłam, aż do *lubego-Warszawy-budynku* - Pałacu Kultury...

O! O! O! No właśnie!
Tutaj warto pozostać nieco dłużej. Smętnym wzrokiem powiodłam po moim marnym szkicu, na którym w gruncie rzeczy nic się nie znajdowało. Wtem jednak nie wiedzieć skąd spadło na mnie powalające wręcz natchnienie. Otóż na zajęcia przyszedł pewien student, który niesamowicie wręcz odpowiadał wyglądowi rysowanej przeze mnie postaci. To się nazywa *ironia losu*. Tak? Nie?
Jakakolwiek odpowiedź by nie była poprawna - powstało z tego dzieło nietuzinkowe, dzieło jedyne w swoim rodzaju, dzieło przeciętne inaczej. I cieszyłam się, że mogę tym pozytywnym akcentem zakończyć mój pierwszy dzień ciężkiego tygodnia...
Później było tylko gorzej.
Pech, łzy i zgrzytanie zębami. Doskonale wiedziałam, że w obliczu zagrożenia mopem i odkurzaczem trzeba trzymać język za zębami a emocje na wodzy, ale nie dałam rady i wyglądowałam w kącie z całym ekwipunkiem *gospodyni domowej 2006*. W czwartek przeżyłam najprawdziwsze załamanie, co w moim przypadku może wydać się, aż śmieszne. Ja i...? Bleee... nie napiszę tego. Przyszedł arcy-trudny do przełknięcia piątek. Wciąż brak czasu, wciąż brak zadowalających efektów mojego poświęcenia... ale nadal jestem spokojna!!! Na pewno *ironią losu* nie można nazwać połknięcia gumy, ale z uwagi na mój specyficzny dziś nastrój uczynię to z wielkim żalem i jednocześnie zaintrygowaniem...
Podsumowanie? Czemu nie. Miniony tydzień był: a) pełen tajemnic, których rozwiązań nigdy nie poznam/poznam w swoim czasie/albo już poznałam b) pełen stresu (i tego potrzebnego i tego nie potrzebnego...) c) natchnienia (mimo wszystko!) d) coca-coli (tego nie da się uniknąć w moim przypadku) e) Tobiasa Reipera (vel - agenta 47) f) przemyśleń (to zawsze; nicz odkrywczego) g) olewania wszystkiego i wszystkich h) poświęceń (o tym nawet nie wspomniałam, ułaaa...) ...to be continued...

Chciałoby się machnąć ręką i napisać - było...minęło... Ale ja tak nie potrafię. Od dawna nie przeżyłam takiego tygodnia. Będę go jeszcze wspominała. To były na przemian ataki weny twórczej - bardzo dotkliwe. Kwestie: *O wy łotry! O wy tchórze! Jutro cały zamek zburzę!*. I inne kwiatki. A wszystko to po to by weekend śmignął tylko człowiekowi przed oczętami... i w poniedziałkowy poranek znowu zwalę sobie coś na głowę... eeeech...



Ps. Czuję się jak bym została wyprana w *Vizirze*... To nie dający nadziei znak. Moje barwne życie zostało w tym momencie pozbawione kolorów, to był proszek do białego. Na znak protestu - mam Kenshina i nie zawaham się go użyć!!! (swoją drogą, bishonen pełną gębą, nie ma co XD)...

Pps. I jeszcze chcę pochwalić się swoim kolejnym sukcesem. Wiem - skromna to ja nie jestem, ale mam ochotę o tym napisać. Mój kolejny rysunek pojawił się na oficjalnej stronie gry *Prince of Persia: The Two Thrones*. To już trzeci, który UBI zdecydowało się na swoje piękne www wrzucić. Dodam, że trzy właśnie wysłałam ;) Moja praca widnieje pod nickiem - Kaileena_Farrah, przedstawia ona Księcia z drugiej części produkcji, Warrior Within. Jest nieco komiksowy, ale z płaszcza na rysunku jestem zadowolona. Rysunek można zobaczyć tutaj. Mam nadzieje, że się podoba.

I to już wszystko na dziś. Byliście świetni. Pozdrawiam i z góry dziękuję za wszystkie komentarze.

Kwiat

Komentuj(68)








Grafikę i HTML wykonała: Kaileena_Farah Wszystkie prawa zastrzeżone!!!




Szerzej znana, jako KaileenaFarah.
Moje gg: 7418011


2017
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Teledyski

"Californication" (RHCP)
"Dani California" (RHCP)
"By the Way" (RHCP/Live!)
"I Could Have Lie" (RHCP/Live!)
"Out in LA/1985!" (RHCP/Live!)
"Brandy" (RHCP)
Concert! (RHCP/Live!)
"Otherside" (RHCP/Live!)
"Desecretion Smile" (RHCP)
"Suck my Kiss" (RHCP)
"If you have to ask" (RHCP/Live!)
"By The Way" (RHCP)
"Can't Stop"(RHCP)
"Otherside"(RHCP)
"The Zephyr Song"(RHCP)
Clip reklamowy (super/RHCP)
"Snow" (RHCP/Live!)


Moje zainteresowania...

MOJE FORUM
Filmweb
Oficjalna str. Red Hot Chili Peppers
Adrian Belew
Porcupine Tree
Prince of Persia
Elfwood


Moje rysunki...

Książę Persji (paint)
Portret Shaheena
Jack Sparrow
Dziewczyna z Perłą
Portret Johna Frusciante
Syd Barrett
Gilmour, Mason, Wright (niedokończone)
David Gilmour
Dragon
Plant&Page
Bono
K. i K.
Kamil (...)

Gdzie szukać...

GOOGLE
ONET
wp-wirtualna polska
INTERIA

Co czytam...

Padalec :)
Blog Aneci :)
Lipek :)
Aniołek :)
Madzia S.
Kliknij
Agama :)
Cukiernik :)
Carlotta :)
Cyrk?...
Encore
Edzia!
Ktosiulka
Nimrodelka ;)
Ailene
Muminki!
Ola
Monika
Pentagram
Gabrysia
Malomi!


Red Hot Chili Peppers



Anthony Kiedis- wokalista.



John Frusciante - gitarzysta (mój mistrz)



Chad Smith - perkusista.



Flea - basista.

Blogers.pl


*Stadium Arcadium*

Bells around St. Petersburg
When I saw you
I hope I get what you deserve
And this is where I find
Smoke surrounds your perfect face
And I*m falling
Pushing a broom out into space
And this is where I find a way


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Alone inside my forest room
And it*s storming
I never thought I*d be in bloom
But this is where I start
Derelict days and the stereo plays
For the all night crowd
That it cannot phase
And I*m calling


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Tedious weeds that the media breeds
But the animal gets what the animal
Needs
And I*m sorry


And this is where I find
Rays of dust that wrap around
Your citizen
Kind enough to disavow
And this is where I stand


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now

The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming...to you



*Dani California*

Gettin' born in the state of Mississippi
Papa was a copper
and mama was a hippie
In Alabama she would swing a hammer
Price you gotta pay
when you pick the panorama
She never knew that there was
anything more than poor...
What in the world?
What does your confidant take me for?


Black bandana, sweet Louisiana
Robbin' on a bank in the state of Indiana
She's a runner, rebel and a stunner
Hunt em everywhere
sayin baby whatcha gonna
Lookin' down the barrel
of a hot metal 45
Just another way to survive...


(Chorus) -
California, rest in peace
Simultaneous release
California, show your teeth
She's my priestess, I'm your priest,
yeah, yeah!


She's a lover baby and a fighter
Should of seen her coming
when it got a little brighter
With a name like Dani California
Day was gonna come
when I was gonna mourn ya
A little lotus,
she was stealin' another breath
I love my baby to death


[Chorus]

Who knew the other side of you?
Who knew that all this time to prove?
Too true to say goodbye to you
Too true too say say say...


First to fade her gifted animator
One for the now
and eleven for the later
Never made it up to Minnesota
North Dakota man was
a gunnin' for the quota


Down in the badlands
she was savin' the best for last
It only hurts when I laugh...
Gone too fast..


[Chorus 2x]