Link :: 05.05.2006 :: 15:31
Wzruszyłam się dziś i to na poważnie.
Nie kilka drobnych, uronionych ukradkiem łez, a po prostu 3 litry wody na raz. Dało mi to do myślenia.
Mogłabym teraz zacząć pisać o swoim dniu. O całym tygodniu, który tylko śmignął mi przed oczyma. Spoglądam bez większego zainteresowania na archiwum. I co widzę? Widzę kolejny miesiąc dopisany do listy. Tak. Mamy już maj. Wiosna wpełni, prawdę powiedziawszy - mam wrażenie, że idzie to trochę za szybko. Albo ja po prostu jestem przewrażliwiona na punkcie upływu czasu. Jakby nie było - moje gwałtowne przejście w nagły stan całkowitej normalności, spełzło na niczym. Znów wpadłam w obsesyjną manię i jak zwykle nic sobie z tego nie robię. Taki już ze mnie człowiek - nic tylko się załamać! Ale ja się nie poddam. Być może dlatego, że nie lubię zawracać sobie głowy zbędnymi bzdurami. Na drobnych problemach świat się nie kończy i ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę - uwierzcie.
Panna M. też nie miała dziś najlepszego humoru. Zabawne... Ledwie dopełzłam do domu, a już snuje się po pokoju z głową w chmurach. Przejawiam pewne symptomy wiosennego rozmarzenia. I to jest tak samo dobre jak i złe. Panna M. chyba też ma z tym kłopot. No może nie tylko z tym.
Dziwne, senne wizje jakich doświadczyłam minionej nocy naprawdę mnie przeraziły. Takie rozmowy, poniekąd o życiu i śmierci, o robieniu jajecznicy i graniu w pokera... są niebezpieczne. Racja?

Hrabiego nie ma. Czuję się samotna. A jeśli zostałam całkiem sama...?

Nie. Jest tu kilka ciekawych osób. Ludzi, którzy zrobią wszystko by się wyróżnić. Ludzi, których świetnie znam. Znam ich prawie na wylot. Ale nie ma na naszym ziemskim padole takiej postaci, która... rozgryzłaby mnie. Nastroje zmienne jak w kalejdoskopie, umysł pełen niewykorzystanych pomysłów i mrukliwe uwagi rzucane w stronę każdego kto się napatoczy. Taka jestem?
Prawdopododobnie wcale nie napisałabym tej notki, gdyby nie pewien impuls. Zdaje sobie sprawę, że nie będzie mnie przez prawie cały tydzień i nie chcę pozostawiać was z gorzką świadomością, że zabrakło takiego indywiduum jak ja. Prawdę powiedziawszy zastanawia mnie to czy takie pisanie z obowiązku dobrze na mnie wpłynie. Na mnie i na jakość tego co czytacie.
Wyczerpana, kompletnie... zdewastowana. Tak się czuję - teraz, tylko po dwóch dniach spędzonych w mojej placówce. Wykończą mnie. Zanim skończy się ten semestr i nastanie beztroski okres wakacji -oni doprowadzą mnie do stanu... bliskiego roślinie. Nie będę nadawać się do normalnego funkcjonowania. I to mnie przeraża.

Pannie M. się polepszyło. A co ze mną? Czy mnie także to czeka? Wygląda na to, że nie obejdzie się bez butelki coli, torby popcornu i dobrego filmu. Z całą pewnością będą to *Piraci z Karaibów*. Bo ich mi teraz najbardziej brakuje. Kojarzą mi się ze słońcem. Z latem. Z morzem, którego nie lubię. I za to wszystko jednocześnie kocham produkcje Bruckheimera. Facet postarał się, wniósł w moje życie odrobinę tego czego nie mogli wnieść inni. I wydał na to około 30 milionów dolarów. Dzięki ci, Jerry.
O. Tak ładnie zaczęłam. Zaczęłam dziękować. To piękny gest. Zawsze prawiono mi morały o tym, że np. przepraszanie jest jak najbardziej potrzebne, że jest kulturalne i dobrze świadczy o człowieku. A Hrabia twierdził zupełnie coś odwrotnego. I ot - jestem jaka jestem. Wewnętrznie cieszę się pełnią życia, chociaż jeszcze nie osiągnęłam wszystkiego na czym mi zależy, prawda?

Tym razem kompletnie straciłam resztki racjonalnego myślenia. *Stupid dream* mnie oczarował. Całkowicie. Tak... nie zostało ze mnie nic. Porcupine Tree zawsze potrafi sprawić, że odlatuje. I to bez żadnych dopalaczy. To jest magia. Harry - spadaj.

I to by było na tyle.

Pozdrawiam - Kwiat



Ps. Zaskoczona i zaintrygowana powyższym - umieszczam na blogu.
Komentuj(68)


Link :: 13.05.2006 :: 18:39
Dłuższa przerwa, ale bywało i tak, że nie było mnie po dwa, trzy miesiące. Wtedy można było się załamać. Wtedy można było przeżywać wewnętrzną pustkę. Teraz jest zupełnie inaczej. Ja czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Przede wszystkim staram się zapomnieć. Zapomnieć o tym jak wszystko się udało. W sumie wykręciłam się od wszelkich obowiązków i czuję się całkowicie oczyszczona. Czemu mam się bać takiego określenia? W gruncie rzeczy wcale się nie lękam. Niczego ani nikogo. Chyba.

Co sprawiło, że czuję się tak jak się czuję? Cóż. Jest kilka istotnych czynników. Wyjazd trzeba zaliczyć do jak najbardziej udanych. Jak to się mówi (pisze): pogoda dopisała, wszyscy bawili się świetnie itd. itp. ...
Ale wcale nie o tym będę pisać. Prawda, że nie przepadam za zanurzaniem się w jeden temat? Wydaje mi się, że nie ma potrzeby zmieniania tego nawyku. No bo po co? Tradycja to tradycja... Trzeba umieć z niej korzystać, ale nie przesadzać. Oczywiście nudzę o tym tylko na płaszczyźnie własnych zainteresowań, dziwnych odbić mojego charakteru i całego tego nieziemsko dorodnego kramu. A jak. Znowu pomieszało mi się w głowie. I tym razem bardzo namiętnie. Chcecie znać powód? Postaram się przedstawić wszystko jasno: Red Hot Chili Peppers.

Całkowicie zakochana w *Blood Sugar Sex Magic*, jeszcze przed kilkoma miesiącami szukałam pocieszenia w internecie. I odnalazłam je szybciej niż się spodziewałam. *Już w maju 2006 roku ma ukazać się najnowszy album Papryczek, noszący nie całkiem jasną dla fanów nazwę *Stadium Arcadium*. Ma być on swoistym dziełem grupy, która ponownie wymiesza wszystkie style by po raz kolejny stać się żywą legendą rocka(...)*. Ucieszyłam się. Nawet bardzo. Bardziej niż bardzo.
Gryząc paznokcie, słuchając *Blood Sugar...* i zastanawiając się co tym razem podrzucą mi artyści - czekałam. Aż wreszcie się doczekałam. Premiera krążka, a raczej krążków nastąpiła dosłownie kilka dni temu, a już zdobył on olbrzymią popularność. Album składa się z dwóch płyt - niebieskiej, noszącej nazwę Jupiter i czerwonej o tytule Mars. Nie przypadkowo mamy tu nawiązanie do planet, kosmosu. Wszak Red Hot Chili Peppers to coś większego niż wszechświat. To legenda.
Wracając do płyt. Na każdej znajduje się po 14 piosenek. Razem mamy, więc 28 kompletnie, całkowicie wspaniałych kawałków. To tak w skrócie.
Dziś rano, konkretnie o godzinie 10.00 - sprawiłam sobie to cudo. Czy żałuje? Jezu Chryste! NIE! To chyba najlepsza płyta jakiej słuchałam w życiu. Spójna, oryginalna, niezwykle zaaranżowana, z chwytliwymi rytmami, mieszanką stylów, super wykonawcami, genialną oprawą, mistrzowskimi tekstami... aach. Tylko się rozpłynąć i zatracić na 2 godziny. Albo i dłużej. Tak. Dużo dłużej bo *Stadium Arcadium* jest cholernie uzależniające. Zwłaszcza dla fanów rocka i funku. Chociaż każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zespół nie boi się ani delikatnych ballad, ani drapieżnych gitarowych dźwięków. Są naj naj w tym co robią... Spróbuje, nieudolnie bo nieudolnie, przedstawić ich najlepiej jak potrafię. Kolejność jest przypadkowa bo wszyscy są bezcenni ..

ANTHONY JOSEPH KIEDIS (wokalista)

Antek jest uznawany za jednego z najzdolniejszych *śpiewaków* na ziemskim globie. Nie przesadzam. Ma naprawdę niesamowity, charakterystyczny głos i potrafi wyczyniać z nim wszelakie cuda. Wręcz uwielbiam słuchać jego wokalu, jest niezwykle magnetyzujący...
Data urodzenia: 1 listopada 1963 rok (ma 43 lata)
Miejsce urodzenia: Michigan, USA
Wzrost: ok 1,76-1,77 m
Kolor oczu: Brązowe
Kolor włosu: Brązowe (ale farbuje je tak często, że rzadko można go ujrzeć w naturalnym kolorze...)
Kapela: Red Hot Chili Peppers (1984-2006 i oby jak najdłużej)

MICHAEL *FLEA* BALZARY (basista)

Kocham grę Michaela! Flea wyczynia na scenie różne szaleństwa, ale trzeba przyznać, że wychodzi mu to wprost wyśmienicie. Jest wyjątkowo utalentowany, bo przecież ja bym tak jak on nie zagrała! Faceta można polubić od samego początku. Chociaż tak jest ze wszystkimi członkami zespołu - są nie do pobicia - sympatyczni, pracowici, energiczni i genialni. Czy ja ich za bardzo nie chwalę?...
Data Urodzenia: 16 października 1963 roku
Miejsce Urodzenia: Melbourne, Australia
Wzrost: 1,68 m
Kolor oczu: Niebieskie
Kolor włosów: Ciężki do określenia xD
Kapela: Fear (1982-1984), Red Hot Chili Peppers (1984-2006 i oby jak najdłużej)

CHAD SMITCH (perkusista)

Kręgosłup zespołu? Z całą pewnością tak! Chad nieźle daje czadu ...
Data Urodzenia: 25 października 1961 roku
Miejsce Urodzenia: St. Paul, Minnesota, USA
Wzrost: 1,91 m (przy pozostałych *Papryczkach* to prawdziwy olbrzym!)
Kolor oczu: Niebieskie
Kolor włosów: Brązowe
Kapela: Red Hot Chili Peppers (1984-2006 i oby jak najdłużej)

JOHN FRUSCIANTE (gitarzysta)

Boże. O nim mogłabym pisać i pisać. Jest niesamowity. To jak gra... Nigdy nie zapomnę solówki choćby z *Dani California*...
Data Urodzenia: 5 marzec 1970 roku
Miejsce Urodzenia: Nowy Jork, USA
Wzrost: 1,78 m
Kolor oczu: Brązowe
Kolor włosów: Ciemny Brąz
Kapela: Red Hot Chili Peppers, ale czasem urywał się na jakiś czas... (1984-2006 i oby jak najdłużej)

To tyle o nich. To znaczy... Nie. To nie tyle. Miałam w planach przekonanie tych którzy nie znają, że to jedna z najlepszych grup na Ziemii (hihihihi), ale nie wiem czy mi się udało.

Na dziś skończę swój wywód bo i tak nieco się rozpisałam i nawklejałam fotek. Enjoy.
Pozdrawiam - Kwiat











Ps. Ewa, szalej!
Pps. Na ostatnim zdjęciu, od lewej: Anthony, John, Chad i Flea. Tak dla wyjaśnienia...
Ppps. Mam nadzieje, że nie przesadzam xD
Komentuj(83)


Link :: 20.05.2006 :: 22:12
Ilu jest takich na świecie, których wypadałoby zamknąć w złotej klatce, zamknąć ją na co najmniej dziesięć kłódek i połknąć klucz by nigdy się nie wydostali? Są zarówno źli jak i dobrzy. Uzależniający, chcę na nich patrzeć, chcę mieć ich zawsze i tylko dla siebie. Okrutne. Egoistyczne. Ale jakże prawdziwe.
Po tygodniu spędzonym na straszliwych mękach - wracam by spisać kolejną serię moich chorych myśli. Ni mniej ni więcej, czuję, że nadeszła właściwa pora by podsumować ostatnie wydarzenia. Mamy już prawie połowę roku. Czas upływa szybciej niż powinien, ale tak jest zawsze, gdy potrzebujemy uzupełnić kilka naszych klatek. Chcemy... już nigdy nie wypuścić ich mieszkańców. Niech grają tylko dla nas. Niech swoją obecnością sprawią, że to my poczujemy się lepiej. Jakie to...przerażające. Piękne i cudowne zarazem. Czyżby do reszty ogarniało mnie szaleństwo? Szaleństwo kolejnych dni, które nakładają się na siebie tworząc mozaikę myśli, wspomnień, odczuć. Cały ten kram po prostu mnie przytłacza, dlatego załatwiłam sobie klatki. Wiecie czym one są?...
Jeśli nie potrafisz poradzić sobie ze swoim własnym pojmowaniem, ze swoimi własnymi obsesjami i miłościami - one ci pomogą. Są bez wątpienia najlepszym wybawieniem bo tak naprawdę nie kosztują nic... wymagają tylko odrobiny wyobraźni. Dosłownie szczypty. Te małe, złote więzienia - z niewielkimi kluczykami, tak drobnymi, że można je połknąć bez uszczerbku na zdrowiu... pozwolą ci na samodzielne decyzje. Możesz uwolnić jedno marzenie, dodać drugie. Wbrew obiegowej opinii - wszystko jest możliwe, a ta dziecinna podróż umysłu daje takie, a nie inne sposoby na wyeliminowanie z naszego życia tego co niepotrzebne, a zachowanie w nim tego co kochamy. Proste? Sądzę, że jak najbardziej.
Nie boję się ani jednego powtórzenia. Nie straszne mi żadne błędy gramatyczne. Zastanawiam się co w ogóle mogłoby sprawić, że zadrżę. Pewnie jest kilka takich rzeczy na świecie. Pewnie są ich dziesiątki, sądząc po ogromie tego ziemskiego padołu. Zaczynam rozmyślać poważnie nad porzuceniem tego wszystkiego. Nad porzuceniem swoich złych doświadczeń i rozpoczęciem czegoś nowego. Ot, żeby było ciekawiej!
Staram się. Naprawdę. Zatopiona w muzyce, w swoich wyobrażaniach idealnej przyszłości i bajkowych ideałach, które istnieją, ale są dalej ode mnie niż kiedykolwiek. I kiedy tak układam sobie w głowie wizje czarnego mostu po którym chodzę, który w każdej chwili może runąć do lodowatej, mrocznej wody... chcę mi się krzyczeć: *Odpieprzcie się wszyscy! Zostawcie mnie!*. Ale nie krzyknę. Boli mnie gardło.
Most chwieje się w podmuchach wiatru, czasem dochodzą tu jakieś miłe dźwięki. Raz czy dwa zza chmur wyjrzały słoneczne promienie. Ale zawsze jest zimno. Bardzo zimno. Mijają mnie jakieś cienie. Naliczyłam się dwudziestu wyraźnie zarysowanych sylwetek. Rozpoznaje kto to. I lepiej mi, gdy na nich patrzę. Przyglądam się... i zaraz cała zagadka jest jasna - są w klatkach. W moich bogato zdobionych, złotych klatkach. I biegnę do nich z gorzką świadomością, że są przy mnie tylko dlatego, że to JA tego chcę... Jeżeli ich wypuszczę - będę całkowicie sama. Bo kto zechce mnie wysłuchać? Kto zechce zrobić dla mnie coś całkowicie bezinteresownego? Odpowiada głucha cisza.
Kilka desek z mostu spadło w dół. Strach pomyśleć co by było, gdybym ja podążyła ich szlakiem. A były tylko krok ode mnie. Ucieknę, a ludzie w klatkach, niczym przywiązane na smyczach zwierzęta muszą podążać za mną. Czemu tak się dzieje? Ja tego nie robię naumyślnie! Niekiedy bardzo pragnę mieć kogoś jedynie dla siebie, ale to nieprawda, że wszystko to jest moją winą... Nie. Nie będę się obwiniać bo to do niczego nie prowadzi. Poza tym za każdym razem, gdy to robię - kilka tych nieszczęsnych desek (co raz bliżej mnie) spada w otchłań, na samo dno... by nigdy nie wrócić. A ci uwielbiani, wciąż spoglądają na mnie, niby chcą dla mnie tworzyć - grać, rozmawiać ze mną, albo po prostu obdarować mnie uprzejmym, przyjacielskim uśmiechem...
Przespaceruję się jeszcze. Poukładam sobie to wszystko.

Zachowanie zdrowego rozsądku w zaistniałej sytuacji graniczy z cudem. Sama wokół siebie wytwarzam specyficzną atmosferę, która potęguję moje poczucie braku zaangażowania w cokolwiek. Bo przecież jestem dziesięć razy dziwniejsza od innych. Tak? Nie? To mnie przytłacza. Dajcie mi pistolet to się zastrzelę. Za pięć minut kończy się świat. Z głośników sączy się *If*, a ja sama nie wiem co mam robić, na co patrzeć... i jak zmusić te cholerne palce by wystukały jeszcze choć kilka słów... Cały dzień spełzł mi na bezsensownym siedzeniu w jednym miejscu i wyobrażaniu sobie strachu. Bardzo mnie to stresuje. Bardzo mnie dobija. I bardzo ogranicza moje uczucia. Zaczynam poważnie, a finisz to już użalanie się nad sobą. Ach. Nie wspominając o mdłym rozwinięciu tematu - to było jednak za bardzo osobiste.
Czemu nie piszę o bardziej przyziemnych sprawach? Chyba... najwyzczajniej w świecie... takie błahostki przestały mnie interesować.

Pozdrawiam serdecznie - Kwiat



Ps. Chcę Cię zamknąć w klatce, John. Chcę cię zamknąć i nie dosyć, że połknąć do niej kluczyk... to jeszcze uprzednio zmasakrować go młotkiem by nie nadawał się do użytku...
Komentuj(99)


Link :: 23.05.2006 :: 20:40
Od czegokolwiek bym nie zaczęła - wiem jedno. Nie macie przed sobą normalnej, oczekiwanej relacji z życia Ewy K. Prawdopodobnie nigdy takiej nie zarejestrujecie. Jeśli chcecie czytać o czymś zwykłym, bezbarwnym - poszukajcie innych blogów. Ale nie korzystajcie raczej z tych, które mam w linkach bo na pewno zwykłości i normalności nie uświadczycie. Rozumiemy się?
Sporo się zmieniło. Zmiany są bardzo dobre, choć zauważam to dość późno, prawda? Mój całkowity brak zaangażowania w sprawy przyziemne... i już wiem, że zaraz objawi się moja lubość do chaotycznego pisania. Liczę na was. Opamiętajcie się i już teraz skończcie czytać. Moja anormalność może się wam udzielić. Zawsze istnieje takie ryzyko. Ostrzegam na poważnie. Szczerze, z całego serca. Ale jeśli macie dość odwagi...
Spójrzcie uważnie na tytuł mojego bloga. Co widzicie? Ostatnimi czasy przewijało się tam wiele różnych myśli. *I got a wiring loose inside my head*, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy *Mam awarię zasilania w swojej głowie*. Było trafnie, ale tylko w okresie wczesno-wiosennym kiedy to mój umysł działa co najwyżej poprawnie. Teraz jest inaczej... ale zanim przejdziemy do definicji prostego wyrażenia *Can*t Stop!!!*... przypominam o prostym tytule *A tiny storm in your Teacup!*. Jak mam się wytłumaczyć? Jak, pytam? Słowo *storm* było jak najbardziej na miejscu. Strona ewoluowała w ciągu zaledwie dwóch dni, aż do obecnego stanu. Dziękuję za to swojej koleżance, która napisała pierwotny HTML. Tamtego szablonu jednak już tu nie zobaczymy, przygotowana aktualnie wersja jest już całkowicie wykonana przeze mnie. Pragnę pogratulować sama sobie.
Widniejący w tej chwili tytuł głosi: *Can*t Stop!!!*. *Nie mogę się zatrzymać!!!*. Ale czy chcę się zatrzymywać? Stanowczo - nie! Znowu doznałam silnej inspiracji za sprawą Red Hot Chili Peppers, gdyż jest to nazwa jednej z ich piosenek, jednej z moich ulubionych. Zastanawiam się poważnie czy naprawdę istnieje jakiś poważny powód dla którego ich słucham... Nie. Nie ma takiego. Po prostu dają mi siłę. Pozytywną energię. Czuję się 10 razy lepiej, gdy z głośników sączy się *Stadium Arcadium* niż, gdy pozostaje w ciszy... sama... bez nikogo...
Zdaję sobie sprawę z tego, że większość wcale nie akceptuje moich pasji. I to nie dlatego, że moja ulubiona muzyka, filmy czy cokolwiek innego, im się nie podoba. Nie. Po prostu dlatego, że zawsze zamęczam ich paplaniną na temat tego co MI najbliższe. W ten sposób straciłam i wciąż tracę ludzi na których mi zależy (zależało). I... ja o tym wiem. Ale nie chcę się poprawić. No ba. Nie staram się nawet.
Uderzyła we mnie pewna nieznana dotąd moc, gdy obejrzałam clip do *Can*t Stop*. Przypomniałam sobie kilka poprzednich lat z mojego życia... jakie były? To zabawne, ale chyba właśnie takie szalone. Nie wyglądało to może tak jak wizja przedstawiona na teledysku, ale miało swój rodzaj magii. Brakuje mi tych czasów. Brakuje mi ich tak bardzo, że na pewno nie potraficie sobie tego wyobrazić. Mogłabym teraz rozżalić się nad swoim złym losem, ale nie zrobię tego bo właśnie słucham *Dani California*, a przy tej piosence nie sposób płakać. Ktoś bardzo mądry powiedział, że Muzyka jest jego sposobem na życie. Czemu nie posłuchałam wtedy Hrabiego? Czemu nie wybrałam tej samej ścieżki... od razu? Nie mam pojęcia. Ale z biegiem dni przekonuje się, że tak musiało być. Sama miałam dość do tego, że to co liczy się najbardziej to uczucia, a Muzyka to właśnie są uczucia. Piękne. Złe. Smutne. Przygnębiające. Zabawne. Wzruszające. Cudowne. Abstrakcyjne. Szalone...

Pewny rodzaj natchnienia. Wiedząc, że nie tylko moja psychika cierpi, z uśmiechem na twarzy oglądam kolejnej sekundy teledysku. Dziwny - myślę. Wspaniały - myślę. Energetyzujący - myślę. A w ostatczenym rozrachunku nie myślę już absolutnie o niczym...
Słyszę tylko szarpanie strun, perkusję i głos wokalisty. I w tym stanie pozostanę. Nie budźcie mnie. Odejdźcie na razie. Tylko na chwilę... ja za moment się uspokoję.
Jak mogłam wcześniej nie trafić na coś co tak idealnie odzwierciedlającego moją złożoną osobowość? Nie mam pojęcia. Przeraża mnie lekko moja niewiedza. Ile jeszcze rzeczy pozostaje do odkrycia? Ile czeka tylko na to by ktoś się nimi pozachwycał tak jak ja w tym momencie zachwycam się *Can*t Stop*? Nie znam odpowiedzi. Ale chcę je poznać i przysięgam przed samą sobą - poznam.
Mój mąż wylądował w koszu na śmieci. Flea z flamastrami w nosie. Anthony przebrany za namiot. Chad udaje wieszak. Z powodzeniem. Tak... to dziwne. Dlaczego wcześniej nie wpadłam na coś tak genialnego? Dlaczego tak doskonale rozumiem powody artystów w tej akurat piosence, w tym clipie? Ile jeszcze będzie tych durnych pytań?!
A może jednak ugryźć to z tej strony. A może z tej? Nie mam pojęcia od czego konkretnego zacząć. Nie omawiam w tym momencie żadnego problemu. Prawdę powiedziawszy w powyższej notce krążę od tematu mojego dziwnego zachowania, poprzez miłość do Muzyki i jej wyrażenie uczuć, aż po krótkie wnioski z clipu Red Hotów, który mnie olśnił i powalił na kolana. To tyle jeśli chodzi o podsumowanie. Ej. Moment. A to miał być przecież początek! Jezu. Gubię się. Motam. Mącę... Zastanawia mnie jedno. Czemu nigdy nie mogę uporządkować swojej plątaniny obrazów w jeden. I go opublikować. Wiecie co to by było? Akt. Ale czyj? Aaa. Nie napiszę. Ale nawet osobnicy, którzy znają mnie na wylot byliby zdziwieni. Dziękuję pięknie za transmisję, Mike.
Absurd. Absurdalny koniec któregoś z kolei akapitu. I to wywołuje ciarki na mojej skórze. A prócz tego widok mojego męża w śmietniku... Jest zarazem prześmiesznym, wesołym mężczyzną... a poniekąd poważnym i wrażliwym facetem, który nie boi się własnego cienia. I śpiewa. Sklonowany śpiewa w śmietniku. Boże... co tu tak ciemno? Kto zgasił światło?! Przyznać się!!!
Zaśmiałam się w głos i już mi trochę lepiej. Wszelkie uśmiechy, uśmieszki i śmiechy pomagają przetrwać, wiecie? Bo ja jestem nienormalna, ale na pewno nie zatracona w swojej artystycznej powadze. Koniec. Koniec. Koniec. Zaczynam straszliwie się rozpisywać... zaczynam wyzywać siebie. Gdzie widać tę *artystyczną powagę*?...
Na koniec wyjątko efektownie - załamuje się. Lubię się załamywać bo podnoszenie się jest takie przyjemne. I tak zabawnie strzyka przy tym kręgosłup.

Pozdrawiam serdecznie - Kwiat









Ps. Odrobinę powyżej - cztery sympatyczne screeny przedstawiające, po kolei: Anthony*ego, Flea, mojego męża (Johna Frusciante) w potrójnej wersji i jeszcze raz Antka. Szczerze wątpię czy kogokolwiek zachęciłam do zapoznania się z tym teledyskiem, ale na wszelkiego, podaje link: *Can*t Stop* Red Hot Chili Peppers
Pps. To już naprawdę koniec.
Ppps. Nie płaczcie.
Pppps. Bo widzicie...w życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym należy podjąć ważną, strategiczną decyzję. Więc ja to robię i idę się wykąpać...

Komentuj(92)


Link :: 27.05.2006 :: 16:52
A tak. Pierwszy raz od dłuższego czasu boli mnie głowa. Z niewyspania. Z przemęczenia. I z zadowolenia. Nareszcie jestem spokojna. Jednak cały mój wysiłek włożony w maksymalne podkręcenie obrotów na jakich działa moja wyobraźnia nie został zmarnowany. Tworzę. Rysuję, piszę, przyglądam się ciekawiej rzeczom zwyczajnym i studiuję biografię seryjnego mordercy, Eddiego Geina. Fascynująca.
Co przygotowałam na dziś? Zupełnie nic, przyznaje się bez bicia. Czysta, spontaniczna notka, swego rodzaju objawienie, jeśli tak rzec można... Odlatując dziś na Jupitera, zaraz potem na Marsa, nie zapomniałam o was. Wiem, że napisanie czegoś nowego jest pomysłem co najmniej bardzo dobrym. Ogólnie - moja wysoka już samoocena jest w tym momencie u szczytu swoich możliwości samozachwytu. Rozpływam się w sposób całkowicie naturalny. Najzwyczajniej w świecie słucham *21st Century*, drapie się po nosie i zastanawiam co się wydarzy w ciągu najbliższych piętnastu minut. Może nic a może coś. Natłok dość osobliwych myśli mnie przeraża, to pewnie pod wpływem lektury o fotelu obitym ludzką skórą. Ale wcale mnie to nie obrzydza. Napawa mnie wstrętem nie co innego jak ludzka głupota. Farmę tego psychopaty sprzedano za prawie dwa miliony dolarów a samochód, którym przewoził ciała ofiar za prawie dwa tysiące (zważawszy na stan). Chore i inspirujące zarazem.
*Może narysuje portret. Czyjś. Nie wiem jeszcze czyj...*. Naszła mnie ochota by przedstawić swoją wizję pierwszej osoby jaka mi się napatoczy. I napatoczyła się. Wczoraj. Dokładnie o godzinie 10.32 ... przeglądałam bez większego zainteresowania swoje zbiory i natrafiłam na genialne wręcz zdjęcie Johna Frusciante. Impuls. *Muszę, ja po prostu muszę to narysować!* - powiedziałam sobie i natychmiast przystąpiłam do pracy, który pochłonęła mnie na równo 7 godzin. Sama byłam pod wrażeniem swojego uporu, który nigdy się przecież nie objawia, a nawet jeśli - jest bardzo zdawkowany. Tym razem chodziło o coś innego. O udowodnienie sobie samej, że potrafię, że tego dokonam i, że wielbię pana Fru. To by było na tyle w sprawie motywacji i ambicji. Efektem końcowym - zaskoczyłam samą siebie. Nigdy nie narysowałam czegoś lepszego, jak nie mam racji - zastrzelcie mnie. W robocie - ołówek 8B - do szczegółów twarzy i szyi, cieniowanie i te sprawy; ołówek 6H - do *wydrapania* włosów tak by było je widać na ciemnym tle; węgiel - do potraktowania nim tła wokół osoby Johna. I hope you like it.

Portet Johna Frusciante...

Mam nadzieje, że to nie minie. Oby dobry Pan pozwolił mi przedstawić w ten sposób i resztę ekipy Paryczek. To by był cud. Najprawdziwsze błogosławieństwo. Nie mogę się doczekać kolejnego *kopa* mojej inwencji twórczej. To uczucie zbliżone do smaku truskawek. A wtajemniczeni wiedzą, że dwie rzeczy kocham ponad życie: Johna Frusciante właśnie i te najpyszniejsze w świecie owoce...
Ale jestem ateistką i moje modły raczej nie będą wysłuchane.

Po raz któryś z kolei zaczytuje się w najlepszej powieści science-fiction z jaką miałam przyjemnoć się zapoznać. *Ubik* Philipa K. Dicka jest książką tak genialną, że nie znajduje słów by to opisać. Istne dzieło jeśli chodzi o pomysłowość auotora względem treści, postaci. Dodatkowym smaczkiem jest przecież to, że powieść powstała w latach sześdziesiątych XX wieku. To przemawia za. Niezwykłe rozwiązania jakie wprowadził Dick - rozbrajają mnie do dziś mimo, że *Ubika* przerabiałam już co najmniej 6 razy.
Pozwolę sobie przeanalizować moją miłość innym razem, teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie.
*Pozwólcie mi trwać*. A niby po co?
*Przygotujcie się na grudzień, roku 2012*. Co ma być to będzie, kochani.
*Rozłóżcie swoje życie na czynniki pierwsze*. Bardziej się już nie da!
*Porozmawiajcie szczerze*. Rozmowa rozmową, ale co ja z tego będę mieć?
*Uważaj na jutro, może nie nadejść*. Serio?
*Zastanawiające metody łowieckie rybitwy*. Tak, tak. Zrzuca mięczaka z dużej wysokości by rozbić jego skorupę. Wspaniałe.
*Lubując się w rzeczach codziennych...*. Czyli siedzieć na kanapie z piwem i gazetą.
*Starając się zapomnieć*. Mamo, daj mi spać.

Pozdrawiam serdecznie - Kwiat



Ps. Na pocieszenie po nawale badziewnych zdań i odpowiedzi, autorstwa Ewy K. - urocze zdjęcie Anthony*ego Kiedisa.
Pps. Na podstawie tej fotki narysuje Antkowi portret chyba...
Komentuj(102)








Grafikę i HTML wykonała: Kaileena_Farah Wszystkie prawa zastrzeżone!!!




Szerzej znana, jako KaileenaFarah.
Moje gg: 7418011


2017
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Teledyski

"Californication" (RHCP)
"Dani California" (RHCP)
"By the Way" (RHCP/Live!)
"I Could Have Lie" (RHCP/Live!)
"Out in LA/1985!" (RHCP/Live!)
"Brandy" (RHCP)
Concert! (RHCP/Live!)
"Otherside" (RHCP/Live!)
"Desecretion Smile" (RHCP)
"Suck my Kiss" (RHCP)
"If you have to ask" (RHCP/Live!)
"By The Way" (RHCP)
"Can't Stop"(RHCP)
"Otherside"(RHCP)
"The Zephyr Song"(RHCP)
Clip reklamowy (super/RHCP)
"Snow" (RHCP/Live!)


Moje zainteresowania...

MOJE FORUM
Filmweb
Oficjalna str. Red Hot Chili Peppers
Adrian Belew
Porcupine Tree
Prince of Persia
Elfwood


Moje rysunki...

Książę Persji (paint)
Portret Shaheena
Jack Sparrow
Dziewczyna z Perłą
Portret Johna Frusciante
Syd Barrett
Gilmour, Mason, Wright (niedokończone)
David Gilmour
Dragon
Plant&Page
Bono
K. i K.
Kamil (...)

Gdzie szukać...

GOOGLE
ONET
wp-wirtualna polska
INTERIA

Co czytam...

Padalec :)
Blog Aneci :)
Lipek :)
Aniołek :)
Madzia S.
Kliknij
Agama :)
Cukiernik :)
Carlotta :)
Cyrk?...
Encore
Edzia!
Ktosiulka
Nimrodelka ;)
Ailene
Muminki!
Ola
Monika
Pentagram
Gabrysia
Malomi!


Red Hot Chili Peppers



Anthony Kiedis- wokalista.



John Frusciante - gitarzysta (mój mistrz)



Chad Smith - perkusista.



Flea - basista.

Blogers.pl


*Stadium Arcadium*

Bells around St. Petersburg
When I saw you
I hope I get what you deserve
And this is where I find
Smoke surrounds your perfect face
And I*m falling
Pushing a broom out into space
And this is where I find a way


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Alone inside my forest room
And it*s storming
I never thought I*d be in bloom
But this is where I start
Derelict days and the stereo plays
For the all night crowd
That it cannot phase
And I*m calling


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Tedious weeds that the media breeds
But the animal gets what the animal
Needs
And I*m sorry


And this is where I find
Rays of dust that wrap around
Your citizen
Kind enough to disavow
And this is where I stand


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now

The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming...to you



*Dani California*

Gettin' born in the state of Mississippi
Papa was a copper
and mama was a hippie
In Alabama she would swing a hammer
Price you gotta pay
when you pick the panorama
She never knew that there was
anything more than poor...
What in the world?
What does your confidant take me for?


Black bandana, sweet Louisiana
Robbin' on a bank in the state of Indiana
She's a runner, rebel and a stunner
Hunt em everywhere
sayin baby whatcha gonna
Lookin' down the barrel
of a hot metal 45
Just another way to survive...


(Chorus) -
California, rest in peace
Simultaneous release
California, show your teeth
She's my priestess, I'm your priest,
yeah, yeah!


She's a lover baby and a fighter
Should of seen her coming
when it got a little brighter
With a name like Dani California
Day was gonna come
when I was gonna mourn ya
A little lotus,
she was stealin' another breath
I love my baby to death


[Chorus]

Who knew the other side of you?
Who knew that all this time to prove?
Too true to say goodbye to you
Too true too say say say...


First to fade her gifted animator
One for the now
and eleven for the later
Never made it up to Minnesota
North Dakota man was
a gunnin' for the quota


Down in the badlands
she was savin' the best for last
It only hurts when I laugh...
Gone too fast..


[Chorus 2x]