Link :: 10.11.2007 :: 01:58
Coś mnie oburzyło, coś nie pozwala mi doprowadzić mojej spokojnej, beznamiętnej egzystencji do końca... ba... chociaż do jakiegoś znaku STOP, do przystanku na mojej drodze. Siedzę i myślę nad kartką jasnego, kredowego papieru. Potrafię robić to przez wiele godzin. Tylko i wyłącznie - przyglądać się. Maksymalnie skrócić długość powolnego, chorobliwie przerywanego oddechu. Mrugać w równych odstępach czasu. Tego pieprzonego oszusta...
Właśnie, właśnie. Czuję się zdradzona. Okrutnie, bez cienia litości. I w ciszy - to bardzo ważne. Ani jednego świadka... bo... przecież... kto miałby przejmować się jedną, konającą owieczką? Więcej świeżej, zielonej trawy dla reszty stada. To przecież najważniejsze. By kompletnie, całkowicie spłycić pojęcie odpowiedzialności nie tylko za siebie samego, ale i za samotne owieczki. Ależ ja Was, kurwa, nie rozumiem.

Bo na przyjaźń trzeba zapracować. Sama nigdy się nie pojawia! Zasmucę Cię, moja droga. Gówno prawda. Przyjaźń to nie boska maszyna. To nie kolejna działka księżycowego cukru. Nic psychodelicznego.
Mała i jak najbardziej żywa istota, która rodzi się naturalnie, bez żadnych zabiegów. Albo rośnie, albo zostaje zgnieciona, zniszczona, podeptana... już w samym zarodku. Co mam zrobić? No co? Mam powiesić się za ręce pod sufitem, zacząć wyłupywać sobie oczy na szkolnym korytarzu, przywiązać do drzewa puszystego króliczka i podpalić go? I, co? I, co teraz, pytam? Zapracuje sobie wtedy na czyjąś przyjaźń?
Sugerujesz, że codziennie - dzień w dzień - udajemy się do czegoś w rodzaju fabryki uczuć by wykuć sobie nowego przyjaciela, kochanka, wroga... Wybacz, ale to bez sensu. Co za bzdura... Co za daleka od rzeczywistości interpretacja... rzeczywistości! O Jezu...
W waszym świecie wszystko jest tak dalece poskręcane, pełne kłamstwa, kiczu i beznadziei. Nie ma tu niczego, na co mielibyśmy jakikolwiek wpływ...
A jednak - czy to powód by traktować zjawisko uczucia przedmiotowo? Jako rozrywkę, mini-grę za dodatkowe punkty, którą dodano nam do systemu? Może nic by się nie zmieniło gdybyśmy naprawdę traktowali o sobie samych, nie przejmując się tym, jak zareaguje na nas czy nasze wybory otoczenie? Łatwiej z górki niż pod górkę.

Why are you wearing that stupid man suit?

Nic nie idzie po mojej myśli. Może stąd całe to rozgoryczenie, pseudo-mądrości i przysłowiowe załamywanie rąk. Albo - zwyczajnie - miarka się przebrała. W końcu również, jak wszyscy inni, mam swoje granice, których ani ja, ani nikt inny nie powinien przekroczyć. Nigdy. Pod żadnym pozorem. Za tą mroczną ścianą nie ma niczego lub... jest coś, co próbuje odnaleźć.
Co takiego?
Dwumetrowe króliki? Porcelanowe pocałunki? Lepki kurz na palcach? Prawdziwe dźwięki? Delikatne mrowienie wiatru? Bilet na drugą stronę mojego szaleństwa? Klucz do jakiś drzwi? Szkolny elementarz? Czarny telefon z urywającym się sygnałem? Ja sama?
Chyba w krainie Alicji. No bo, gdzieżby indziej?

I pewnie to wszystko na dziś. Koniec widowiska. Koniec tego, co zwykle lubię sobie zadawać... (ból, haha). Jestem cholernie zabawna, wiem. Szkoda, że nie śmieszę już swojej największej (dotychczas) wielbicielki.
Siebie.

Pozdrawiam - Kaileena



Ps. Nadal zastanawiam się czy warto? I nadal nie wiem.
Komentuj(12)


Link :: 23.10.2007 :: 20:58
Dziękuję, dziękuję... baaardzo dziękuję za TAKI początek roku!
Toż to skandal! To się w głowie nie mieści! Te wszystkie zasady... co to ich łamać nie można... te oszczerstwa, ten brak kultury, to wyżeranie mózgów na prawo i lewo... Nie, nie, nie. Stanowcze NIE!
Och?
Mam prawo głosu? Tutaj? Teraz? Zaraz? ... I cisza. Cholerna, okropna, dołująca cisza. Nie przedwyborcza (już raczej *po*), a jednak straszliwa i czarna jak widok za szybą. Co do tego widoku. Uła. Nie poprawia się. Wiedzcie, że się nie poprawia, moi mili. Wręcz przeciwnie - czernieje nocą i blednie za dnia, a wszystko to utrzymuje się w ramach identycznego, nudnego i banalnego cyklu 24h. Można się załamywać? Można rozpaczać nad niesprawiedliwością świata? Ano można.

Tylko po co?

Uniwersum... dlaczego zawsze dorzucę wstęp, za który chętnie zamknęłabym się w jakiejś ciemnej piwnicy, za który oddałabym - jakkolwiek bezcenne - życie? I dlaczego tylko ja mam obowiązek wypisywania publicznie tych bzdur?!
Mamo, tato. Zgrzeszyłam. Kilka czekolad poszybowało za okno, moje zielone lenonki szlag za kanapą trafił, a moje myśli szybuuuują, szyyybujjją i szybują ewidentnie za daleko. Słowem - jestem przeszczęśliwa. Powody?
Pozbyłam się już chyba wszystkiego. Rozumu, pieniędzy, paznokci... czego chcieć więcej? A, i wpadłabym pod autobus, gdyby nie moje odwieczne przeświadczenie o prawdziwości słów Hrabiego. Tak, tak. Dokonam wielkich rzeczy. A jedną z nich na pewno NIE będzie widowiskowe, zatrzymane wśród upływu czasu, upadanie. Upadanie smutne, bo pod autobus. Tak też... na czym to ja skończyłem?
Aaa! Koła. Dużo kół.
Wyobraźcie sobie, że w tamten czwartek mokłam. Rzucane poprzez deszcz, kąśliwe uwagi nie wzruszały ani Pytona ani (tymbardziej) mnie. I wiedzcie, że w tym wpadaniu nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie czynnik, który je spowodował. Napiszę wprost - bardzo atrakcyjny czynnik.
Czynnik ów szybkim krokiem przebył jezdnię (w dozwolonym miejscu, warto wspomnieć) i wskoczył na krawężnik. Raźno zbliżał się w naszą stronę, nieświadom tego, jak dziwne reakcje wywołał w resztkach mojego mózgowia. Iiii... (no co, no co, do cholery?!) iiiii... iiiiiii... i właśnie.
Czynnik trzymał na głowie swój granatowy plecak. Być może ów plecak nie był wcale granatowy, ale wszystko pociemniało przez pieprzony deszcz. Szalala! Granatu nie lubimy? Ot. Nie lubimy. W każdym razie - czynnik przebył pośpiesznie kawałek przy przystanku. Nadal nieświadom. I wtedy, przez ułamek sekundy, krótki... krótszy... nie, nie... JESZCZE krótszy - spojrzeliśmy na siebie. Ja z zainteresowaniem, on zzz... pfff, po prostu. To nie mogło przejś bez echa. To on. TO ON! TO ON, wysoki sądzie! To ten plugawy, obrzydliwy, niegodny, długowłosy i koszulkowo-Gunsowy Czynnik nieomal wtrącił mnie pod autobus! To jego wina... A za zbrodnię należy się kara. Ot co!
I jakieś wnioski? Nie. Nie ma żadnych. Właściwie tylko jeden: więcej takich Czynników, błaaagam...!

Ufff.
Chyba powinnam się zbierać. Czarne, chemiczne (niestety), szkolne (o Boże!) chmury nad moją głową... i jak tu wyzbyć się stresu? Jak uniknąć wiecznej złości, walenia głową w ścianę i mamrotania pod nosem bezsensownych zaklęć?...
Lekarstwa nie ma i nie będzie. A mi powoli zaczyna brakować motywacji. Cóż... jest jedna... długowłosa, oczywiście...

(w tym ... mniej więcej... miejscu Kaileena zaciera ręce z ohydnym, wręcz ZŁYM uśmieszkiem, błądzącym po jej spowitej miękkim cieniem twarzy)

(ach, moje opisy!)

(ACH!)

... oczywiście, oczywiście!

Jeszcze jedno nim znowu zniknę... Chyba powinnam się uspokoić, prawda? Wziąć na wstrzymanie. Za wszelką cenę nie poddawać się. Upokarzać nieupokorzonych. Karmić głodnych. Niszczyć ... niezniszczonych? Mamo, ratuj. Mi KOMPLETNIE odbiło.

Pozdrawiam -
Kaileena



Ps. ...
Komentuj(13)


Link :: 21.08.2007 :: 05:51
Ooo. Cześć.
Uderzyło mnie jakie to wszystko nieaktualne. Jakie puste, jakie dziwaczne... bo moje? Bo moje.
Dobra, ok, nie czepiam się. Wiecie przecież, że mam swoje zdanie i zawsze, bez względu na wszystko będę się go trzymać. Przeraża mnie data ostatniej notki. Co? Jak? Hę? Czerwiec? Jakim cudem... czerwiec? Nie mam pojęcia. Przespałam te dwa, cholerne miesiące. Wydarzyło się tyle... złego i dobrego, że przyprawia mnie to o zawrót głowy. Ciężko zacząć, a jeszcze ciężej będzie skończyć. Jednak im szybciej tym lepiej, prawda? Zaniedbałam swoją misję, cholera... zaniedbałam misję! Czeka mnie przycinanie palców drzwiczkami od piekarnika, albo przesłuchanie Psałterza Wrześniowego Rubika... sama nie wiem, co gorsze! O zgrozo!
Już dobrze, dobrze... Oddycham trochę spokojnie, lecz przed oczami wciąż czai się odrażająca blond-wizja klaszczącego mężczyzny, który udaje wielkiego muzyka. Brrrr. Niespodziewanie zachciało mi się upić i zapomnieć o tym, ale nie... nie zostawię Was znowu. Każdy kolejny dzień pogłębia moją hańbę! O!
Godzina 5.10. Aż żal się wyprostować, usiąść wygodniej i spojrzeć w okno. Zaczęło świtać. Z głośników wydobywa się ostry głos Planta i Zeppelinowe Whole Lotta Love. W pokoju obok śpi mój brat, a ja zarywam kolejną noc w przekonaniu o swoich dobrych intencjach. Trochę powklejanych zdjęć, trochę nowych do kolekcji, parę wysłanych mpFRUjek i trochę standardowego ślinienia się do znanych Wam doskonale z moich relacji osobników... Czyli nic nowego, ot co.
Jeżeli chodzi o jakieś ciekawsze rozdziały mojej ciekawej historii, musimy cofnąć się jakiś czas wstecz. A konkretnie do 3-ego lipca, 2007 roku. Do Chorzowa. Na Stadion. Wypadałoby też poczuć atmosferę, wrzeszczeć, płakać, widzieć Johna wyginającego się ze swoim FruStratem... To były dwie godziny kompletnego, muzycznego kosmosu. Nie potrafię napisać niczego sensownego. Stałam tam. Pod samą sceną, naprzeciwko Frusciante. Stałam i płakałam. Nie, nie. Ja łkałam jak dziecko, które zobaczyło coś, co je przerasta. Coś wyższego, nienaturalnego, nadprzyrodzonego. Nagle trudno mi było uwierzyć, że to człowiek. Ten obraz na stałe wdarł się do mojego świata i nie pozwoli o sobie zapomnieć. John jest pięknym mężczyzną. Niezależnie od tego ile zachwytów tu zamieszczę to zdanie jest dla mnie najważniejsze. On jest po prostu piękny. Nie genialny, utalentowany a piękny. Tak. Zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie piękny. A ja dopiero w Chorzowie odkryłam ile to jego piękno dla mnie znaczy.
Przepraszam.
Rozmarzyłam się, wpadłam w dziwny nastrój. Wciąż go widzę. Na pewno mnie nie słyszał, ale... ale to nie ważne. Kompletnie, w ogóle, wcale! Nieistotne! Liczy się, że to przeżyłam. Cholera, Kaila... trzymaj się, dziewczyno!
I zobaczyłam ich znowu. Po koncercie. Byłam wśród tych kilku szczęśliwców, którzy znaleźli się w odpowiednim miejscu i w odpowiednim czasie. Anthony zamienił z nami kilka słów. Był bardzo sympatyczny, chociaż łatwo dało się spostrzec, że dokucza mu ogromne zmęczenie. Uścisnął mi rękę. Rozumiecie...? Anthony Kiedis, wokalista Red Hot Chili Peppers uścisnął mi dłoń... Ja do tej pory uważam, że to musiało mi się przyśnić. Ledwo, co przyjmuje to do wiadomości. Nie zdołam Wam opisać, co poczułam, gdy ścisnął moje palce. Musiałam mieć dość zabawną minę. Powiedział tylko: Hi. How are you?. Ja natomiast nie zdołałam wydobyć z siebie niczego poza zmutowanym Hi!.
Następnie pojawił się Chad. Wesoły, uśmiechnięty. Sam zaproponował, że rozda nam autografy. Wziął ode mnie bilet i złożył na nim swój podpis. Wydukałam kretyńsko brzmiące Thank You!, a on wyszczerzył się do mnie i powiedział (specjalnie do mnie, na Johna, specjalnie do mnie!!!) ... Your welcome. O nie, Chad... cała przyjemność po MOJEJ stronie! W tamtej chwili potrafiłam latać.

I stało się. Jest już wpół do szóstej. Oficjalnie... ach, dobrze - prawie oficjalnie - mogę napisać, że nocka zarwana. Wena jakoś też uciekła, więc to ostatnie zdania mogą być dość nieskładne. Nadal słucham Led Zeppelin. Aktualnie leci Immigrant Song. Ech, świetny kawałek.
Phi. Ręce same *biegają* po klawiaturze. Coś lewituje pod sufitem. Nie bardzo wiem, co to takiego, lecz po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że to może być kanapka. Zaraz, zaraz... przecież kanapki nie latają! Och, owszem. Ta w moim pokoju lata z powodzeniem. Ach! I jak pięknie potrafi wchodzić w zakręty, jakież cudowne manewry tu wyczynia! Jestem pod wrażeniem, zaimponowała mi. Tylko... o nie. Wygląda na to, że jestem głodna. To znak. Znak, cholerny, głupi, beznadziejny znak. A gdybym tak zaczęła ślinić i gryźć klawisz z literą R? Zaraz potem I, C, K. O, a może dołoże jeszcze W. To W jest takie ładne, takie nieidealne... Dalej może (znowu) R, I, G... hmmm, co jeszcze? H? Może być! Oraz... T. Tak, T będzie na koniec doskonałe... Aż boję się spojrzeć, co wyszło!
R...I...C...K... W...R...I...G...H...T ...?
O tak. Dokładnie to. Jestem genialna. Och, owszem. To niepodlega żadnym wątpliwością, PRAWDA? Dobra. Wdech i wydech. Najważniejsze, że wciąż żyje, mimo, iż jestem głodna. A kiedy jestem głodna myślę o nim. To chyba zupełnie normalne... jestem zdrowa! Na Johna! JESTEM ZDROWA!
Przeglądam pośpiesznie tę notkę przed wysłaniem i dochodzę do wniosku, że nie ma w niej żadnego sensu. Nie napisałam nawet połowy z tego, co napisać zamierzałam. Wdałam się sama ze sobą w dziwny dialog, którego koniec jest jeszcze dość daleki. Dlatego też, by nie zamęczać Was dłużej tym, co kołacze się pod moją Beatlesową czupryną... czas na piękne, epickie, mistyczne: DO WIDZENIA. Czyli dla świętego spokoju...

THE END
Pozdrawiam - Kaileena



Ps. Zjawiskowy.
Komentuj(11)


Link :: 14.06.2007 :: 19:56
Tłuszcz z salami i dużo sosu pomidorowego.
Abstrakcyjnie dziś jak nic. Właśnie powracam do swojego USSR. Dzień dobry, dzień dobry, dzieci! Staram się nie tańczyć, ale widocznie cierpię na jakiś syndrom niespokojnych nóg, bo poruszają się same i odczuwam to coraz dotkliwiej. Gdzie znów poniosły swoją naiwną właścicielkę?
Dzień dobry. To już mówiłam, ale powtórzę po raz trzeci. Bo tak. Dzień dobry - czemu i nie po raz czwarty? Przecież dni są teraz takie piękne! Słoneczne - żar leje się z nieba strumieniami, jednocześnie na południu kraju dwumetrowe, przekonane o swoim profesjonalizmie alieny mokną, mokną, mokną... Hycel - jestem z Tobą. Tyle, że nie w tej pieprzonej tęczy, kochanie.
Good Morning! Tym razem po angielskiemu mi się napisało! Toż to też ciekawe zjawisko. Uaa, Żorż się wysilił... While My Guitar Gently Weeps... Bo ja lubię Żorża, co nie, Dave?
Bowiem Dave jest świadkiem zjawiska, które zaszło w jego bliskim otoczeniu, a właściwie nawrotu masowej histerii rodem z lat 60-tych ubiegłego wieku. neoBeatlemanii.
owa neoBeatlemania zrodziła się niewiadomo skąd i niewiadomo dlaczego, ale jest, jest i będzie. Zaczęło się od czterech składanek, która Kaileena zakosiła Hrabiemu w pewien pochmurny dzień, przemęczona Aniołami i widelcami. Humor sobie poprawić chciałam, Dave potwierdzi. Zaczęło się na Love Me Do skończyło na Yesterday. Później od Help! do Yellow Submarine. To nie był jednak początek neoBeatlemanii, którą jestem obecnie opętana...
Około trzech tygodni temu (ponownie!) Hrabia uraczył mnie dwoma pysznymi kąskami w formacie DVD - Dobry, zły i brzydki z moim Klintem Istłódem obejrzałam natychmiast, zachwyciłam się i nuciłam sobie przez dwa dni Morricone. A tu rodzicielstwo drąży temat Yellow Submarine, która także pojawiła się pod naszym skromnym, remontowanym dachem. I zaczęło się. Wieczór. Chleję litrami mineralną, słucham (chyba Floydów) i myślę (no to teraz palnęłam, ha ha). Hrabia macha mi przed oczami oryginałem YS. Dałam się namówić. Oglądamy. Mój stwórca przysnął, ja oglądałam wpatrzona w ekran jak w obrazy Witkacego, jak w animację Pythonów, jak w Beatlesów, do których nagle zapłonęłam uczuciem tak nieokiełznanym, że miałam ochotę słuchać ich. I słuchać. I słuchać. I słuchać...
Z dumą stwierdzam, że tu właśnie mamy przykładny początek neoBeatlemanii. Kaileenka, dziecko ułożone i grzeczne wydzierało się na całe gardło z Lennonem przy jego Twist and Shout, wzruszyło się srodze przy zaiste zwilgotniającym gałki oczne Something, umarło przy Eleanor Rigby i... pokochało Ringo Starr*a przez Octopus*s Garden i With a little help from my friends. Tak, tak. Ja nie jestem normalna.
Mało tego. neoBeatlemannia zbiera już szerokie żniwo! Pyton i Dogma to tylko krople w morzu! Bardzo kolorowym i bardzo radosnym morzu żuków.
Podobno kompletnie mi odbiło. Nie zaprzeczam. Pustą ścianę nad łóżkiem obkleiłam podrukowanymi fotami, zdjęłam znad biurka plakat RHCP (zamiast niego wisi tu teraz uroczy i cudowny Ringo). A przede wszystkim - SŁUCHAM! Nie mogę wytrzymać bez ich Muzyki. Po prostu nie mogę, nie mogę! Uzależniłam się. Kompletnie i do reszty...

It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They*e been going in and out of style
But they*e guaranteed to raise a smile.
So may I introduce to you
The act you*ve known for all these years,
Sgt. Pepper*s Lonely Hearts Club Band.
We*re Sgt. Pepper*s Lonely Hearts Club Band,
We hope you will enjoy the show,
We*re Sgt. Pepper*s Lonely Hearts Club Band,
Sit back and let the evening go.
Sgt. Pepper*s lonely, Sgt. Pepper*s lonely,
Sgt. Pepper*s Lonely Hearts Club Band.
It*s wonderful to be here,
It*s certainly a thrill.
You*re such a lovely audience,
We*d like to take you home with us,
We*d love to take you home.
I don*t really want to stop the show,
But I thought that you might like to know,
That the singer*s going to sing a song,
And he wants you all to sing along.
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper*s Lonely Hearts Club Band.


Tak. To się nazywa Miłość.
A przecież... All you need is LOVE!

Pozdrawiam - Kaileena



Ps. Cudowni.

Komentuj(20)


Link :: 05.05.2007 :: 16:24
Nie. Nie mam dość. Piszę, bo czuję, że nadeszła odpowiednia pora by wyrwać się z weekendowego lenistwa i zamieścić tu garść nowych, bezużytecznych przemyśleń, które zaprzątają mi pustkę. To chyba prawidłowe postanowienie. Nawet bardzo prawidłowe.
Stara notka jak na moje standardy jest jeszcze dość świeża, ale dziś po prostu nie mogłam być obojętna! Potrzebowałam chwili na wystukanie w klawiaturę tego, co czuję. Dzisiaj... Pośród tej słonecznej i przesadnie pięknej soboty. Jest parę minut po piętnastej, szary Winamp wygrywa Carvel, a ja czuję się coraz bardziej zdruzgotana. Mętlik pod kapeluszem, portret przyjaciela w formacie A3 i pięć par okularów, leżących cicho na teczce z moimi pracami. Oto, co mnie teraz otacza. Och. Zaczęło się Omission. Słabość do Muzyki mojego Anioła (dobra, dobra... Boga, Mistrza i Kochanka) - nigdy mi nie minie. To silniejsze od wszelkich innych obsesji. Amen.
Ciężko wyczuć, w jakim jestem dzisiaj nastroju i o czym tak naprawdę chcę pisać. Właściwie... Marzy mi się dziś Muzyka. Tworzona myślą, barwą i strumieniem jakiś nieziemskich dźwięków. Bym mogła wyrzucić z siebie te chwasty, które porosły ostatnio moje wyobrażenie o ideałach i cudach tego świata. Smutne, prawda? Poranny seans z Fear of a Blank Planet przyniósł mi także całą masę domysłów i interpretacji. Phi. To, że kocham Wilsona i jego Jeżozwierzy - chyba nikogo już nie dziwi... Może mnie. Jednak tylko trochę...
Nie odbiegajmy od tematu. Co do Fear..., całość traktuje o powszechnym problemie społeczeństwa zaplątanego w zdobycze najnowszej techniki. O ludziach na wskroś płytkich i zmierzających (stosunkowo) tymi samymi, życiowymi ścieżkami. Steven wyraża wątpliwość, co do tak poukładanego świata. Czy chcę go zmieniać? Oceniać? Nie. Obserwuje go i wyciąga dziesiątki niepokojących wniosków. Jest w tym coś, co bardzo mnie zastanawia. Coś, co sprawia, że płyta ta - choć mniej przebojowa i chwytliwa jak In Absentia, Deadwing czy choćby Stupid Dream - zajmuje w dyskografii Porcupine Tree dość szczególne i zaszczytne miejsce. Miejscami wydaje mi się być jedną, długą suitą - zróżnicowaną, przepełnioną czystą progresją, miejscami najprawdziwszym heavy metalem (!) czy przepięknymi wokalizami znanymi z projektu Wilsona z Avivem Geffenem. To mi absolutnie nie przeszkadza. Spójne płyty to prawdziwe wyznanie dla uważnego słuchacza. Odkrywa się je inaczej niż poszczególne utwory, które traktują na inne tematy, ich schematy zasadniczo się różnią. Za to właśnie polubiłam Fear of a Blank Planet. Obecnie jestem po czwartym przesłuchaniu i nie zamierzam się jeszcze chwalić zbyt imponującą znajomością materiału. Długa podróż przede mną, jeśli chcę pojąć, chociaż część przesłania Wilsona na tym krążku. Co nie zmienia faktu, że już teraz pozostaje pod ogromnym wrażeniem nowego dzieła PT i polecam je każdemu, kto jeszcze nie zapoznał się z twórczością grupy. Chociaż... nie radzę zaczynać przygody z Jeżozwierzami od tej płyty. Proponowałybm raczej starsze pozycje.

Give me a smile please
Count the calm and watch my breathing slow
Winding me up tease
Get inside my head and make it show

Gravity eyelids come down

(fragment Gravity Eyelids z In Absentii przyp.)

Spadając z tego Drzewa, oznajmiam wszem i wobec... Raz jeszcze... że dziś sobota. SOBOTA! Pojutrze wracam do obozu i na nic się zdadzą moje błagania o litość. Powinnam się uczyć, ale nie mam siły. Powinnam, chociaż znaleźć podręcznik, ale chyba prędzej wyskoczę przez okno... Mam dość. Co za odkrycie. Czego to dziecko ma tak straszliwy przesyt? Chyba własnej głupoty i dziwacznych stanów... Takich jak ten dzisiaj, na przykład... Chyba będę się musiała Allenem posilić, jeżeli mam ochotę pożyć jeszcze jakiś czas. W każdym razie przyda mi się jakiś zdrowy kopniak, żeby powrócić na naszą, pustą planetę.
Ze spraw organizacyjnych - niedługo spodziewajcie się nowego szablonu na blogu, nowego wystroju. Nieco bardziej radosnego i kontrastowego, bo tak właśnie przywitałam trwający już w najlepsze, 2007 rok. I oczywiście (to najważniejsze) - własnego autorstwa, bo innych (obecnie) nie uznaje. Mam nadzieję, że zmiany Wam się spodobają. Może wezmę się za produkcję jeszcze dziś i *odświeżę* bloga w najbliższych dniach. Byłoby to... zdrowe. Przede wszystkim dla mnie. Zajęłabym się czymś twórczym. Wreszcie...

I jeszcze coś Wam napiszę. Wyznam, że bardzo tęsknię. Za ludźmi, których pogubiłam po drodzę. Chciałabym ich, chociaż zobaczyć... Nie wspominają o rozmowie, przyjaznym poklepaniu po ramieniu i uśmiechach. Na stare lata robię się sentymentalna jak nigdy dotąd! Mnóstwo ironii znajduje. Doprawdy - mnóstwo!
Kończymy Jeżozwierzami, skoro o nich było najwięcej. Wiedzcie, że teraz... No cóż... Nadal jestem szczęśliwa. Nadal jestem sobą, ale...

Don*t hate me
I*m not special like you
I*m tired and I*m so alone
Don*t fight me
I know you*ll never care
Can I call you on the telephone, now and then?

(fragment Don*t Hate Me ze Stupid Dream)

Pozdrawiam - Kaileena



Ps. Oczywiście - Steven Wilson. Nie mogło być inaczej. Może jacyś fani się znajdą...

Komentuj(15)


Link :: 24.04.2007 :: 23:57
Jestem. Już dobrze! Jestem!
Zacieraliście już pewnie ręce na myśl, że zaniechałam swojej misji... że blog upada i tym razem się nie podniesie... HA HA HA! - tyle Wam powiem, moi mili. Nic nie upadnie, nic się nie przewróci i nie zgnije gdzieś w otchłani Internetowej zawieruchy. Nic a nic! Już ja tego dopilnuje, możecie być pewni. Jednak... przejdźmy do rzeczy: wróciłam. Nie sama bynajmniej, bo nadal z Aniołem uwieszonym gdzieś przy lewej pięcie i z sercem przepełnionym opowieściami o widelcach wszelakich, ale... (ale!!!)... o tym za moment. Jesteśmy, kochani, gdzieś w Sferze Astralnej, pomiędzy moim komputerem a materacem. Mam gdzieś fakt, że miejsce to za Chiny nie jest romantyczne i sprzyjające moim boskim rozważaniom o stanie rzeczy i staniu w nich.
Pieprzę, ale to tylko faza przejściowa. Przygotujcie się na dalsze atrakcje...
Przewidziano dalsze, a jakże. Minął miesiąc, a ja nie odczuwałam zbyt silnej potrzeby świeżej spowiedzi. Stąd opóźnienia. Mam nadzieję, że wybaczycie i z żądzą w oczach przeczytacie to, co tym razem pod kapeluszem biednej Kaileeny się zaroiło... Otóż wiele! I to dobrego! O dziwo... Czemu w siebie nie wierzę? Nie pytajcie, to zbyt trudne. W słuszny los zwątpiłam jakoś 15 lat temu i jak do tej pory zwątpienie to nie ewoluowało w coś bardziej *mojego*.
Ojej. Co za schiza mnie dopadła? Gdzie te ściany?! Do jasnej... Co tu się wyprawia, na Johna?! Emotikony na tlenie wariują, David jęczy coś o motylach, a jaskrawe światła od drukarki i skanera migają, migają, migają... Zdaję się, że wariuję! Jak fajnie!

To był wstęp. Przechodzimy do części poważniejszej, bo mającej na celu sklasyfikowanie wydarzeń z mijającego właśnie miesiąca - kwietnia 2007. Swoją drogą... Warto zaznaczyć, że do końca świata zostało nam jeszcze jakieś 5, 6 lat. To wszystko. Trzeba się śpieszyć ze wszystkim, moi mili. Ze wszystkim, dosłownie!
1. (Zacznę może od tego, że… ) Udało mi się wygrać konkurs plastyczny w swojej dzielnicy - *Karykatury 2007*. Temat właściwie dowolny, dość ograniczający jednak. Tym bardziej, że nigdy nie miałam do czynienia z tak straszliwym kartonem i tak straszliwymi suchymi (SUCHYMI!!!) pastelami, które poplamiły mi moją ulubioną koszulkę (Pink Floyd THE WALL)... Strach się bać, co wymyśliło dziecko. Dziecko wymyśliło Jokera. Nie byle, jakiego, któremu, co prawda do ideału Nicholsona wiele brakuje, ale narzekać nie ma, na co! Był Joker jak się patrzy! Zielone włosy, demoniczny uśmiech i ta cudowna maskotka Batmana, ściskana w ohydnych szponiskach! Ach, żyć nie umierać! Było I miejsce. I spore zaskoczenie...
2. Panna M. ucieka od swoich najskrytszych pragnień i omija zręcznie temat ławki w parku. Nie dziwię się jej, zważywszy na ogólne zainteresowanie, jakie wywołuje jej znajomość z panem T. Moja droga - nie przejmuj się. Piękny stan przejściowy Cię nawiedził. Stan, które Wasza miłościwa autorka przeżywała jakieś dwa miesiące temu. Później jest gorzej, wierz mi.
3. Anioł jest wciąż i wciąż przypadkiem trudnym do zlokalizowania na mapie Warszawy i okolic. Zastanawiająco i wymijająco odpowiada na telefony swojej rodzicielki i proponuje łóżko zamiast fotela (bez żadnych perwersji, proszę!!!).
4. Wymiguje się od szkoły. Albo też szkoła wymiguje się ode mnie. Więcej okazji do nieuczenia się jak do uczenia i wszystko dziwnie bez sensu. Czy to syndrom wiosennego lenistwa? A może ja się po prostu starzeje, co? (Pyta obgryzając paznokcie)
5. Za oknem ostatnio same szare barwy. To trochę przykre zważywszy na to, co wyczytuje z kalendarza. Nie chcę narzekać, ale poprawa pogody by się przydała. Więcej słońca, więcej ciepła i okazja by nosić bluzki bez pleców i przewiewne, letnie spódnice. Ach! Tęsknie do tego, tęsknie!
6. Czas mija mi i Nam (szeroko pojętej ekipie ludzi myślących inaczej) na obmyślaniu, kto i ile piwa przyniesie na imprezę. To bardzo przyziemne. Bardzo, bardzo. Bardzo i bardzo... Zastanawiam się czy to wszystko wypali i obliczam po ile się składamy. Naprawdę chcę mi się potańczyć. Z Nim. Do jakiegoś kiczowatego kawałka z lat 80-tych. O! Właśnie o tym marzę! Ale to dopiero po majowym weekendzie... Nie omieszkam zdać relacji, macie moje słowo!!!
7. Buduje się chałupa, buduje. Wreszcie wszystko załatwione. Fundamenty jak się patrzy. Mury, mury, pną się mury! Ha, ha!
8. Zastanawiam się nad wyborem nowej tapety na pulpit. Hmm, średnio raz na dwa, trzy dni jest nowa... To zboczenie. Kompletne i całkowite zboczenie! Nie mogę znaleźć tej idealnej, przykro mi... Mam nadzieje, że kiedy wreszcie takową odnajdę (wśród przesterów i sprzęrzeń...) - będę wiedzieć. To tak jak z szukaniem drugiej połówki, chociaż proces jest nieco mniej skomplikowany. Nooo, Jooohn... jakie ja dzisiaj pierdoły wypisuje! Niech ktoś/coś mnie trzaśnie porządnie po tych koślawych łapach! Aaa!

Przepraszam. Opuściła mnie wena.
Skończy się zapewne na tych ośmiu punktach w pustce i na zgliszczach starego stylu. Oplata mnie jakaś pajęczyna zgubnych pragnień, coś a*la *Nagi Instynkt* może. Ciężko określić. Nie żebym miała na myśli Anioła, nie skądże... Poza tym... Od czego ja tu jestem?! Od czego?! Trzeba się wystrzegać pokus! Koniecznie! (Kaileena ma nadzieje, że Anioł jutro się objawi) Nie można dać za wygraną! Walczmy z tym, co pcha nas w szpony grzechu! (Kaileena ślini się do swojego widelca) Nie możemy pokazać, że się boimy, albo, co gorsza... Nie boimy... tego, co nastąpi. Chcemy być silni i tacy bądźmy! (Kaileena ma ochotę rzucić Anioła na podłogę i rozebrać) Uff, wykład jak wykład... (Kaileena przestaje myśleć racjonalnie przez marzące jej się nocą perwersje w podstawówce. Kaileena umiera.)

Skoro zdążyłam już umrzeć to zdążę także krótko podsumować i pożegnać się z Wami, drodzy czytelnicy. To nieskładne sprawozdanie kwietniowe, przechodzi już do historii, ale trzeba napisać jeszcze jedno: czy jestem szczęśliwa w obecnej sytuacji? Tak. Jestem szczęśliwa. On uważa, że jestem wyrozumiała. Nie, mój drogi. Ja jestem po prostu szczęśliwa i to dzięki Tobie, wariacie!
Kaileena się uśmiecha. To rzadki widok! Tak, więc... Tym miłym akcentem powinniśmy zakończyć notkę datowaną na kwiecień 2007. Notkę jakkolwiek pozytywną i wiosenną, nie narzekajcie, oprawcy...
Pozdrawiam serdecznie - Kaileena



Ps. Naprawdę?!
Komentuj(37)


Link :: 22.03.2007 :: 19:00
Mała Kaileena (czyt. Ja, we własnej osobie) powróciła z łowów!
Możecie spokojnie porzucić wszelkie obawy - zaraz opowiem to, co opowiedzieć trzeba. Streszczę Wam - że tandetnie, to przepraszam, ale lepiej nie potrafię - tragiczne, marcowe wydarzenia... a raczej konkluzję, która mną zawładnęła.
Właściwie to powinnam napisać w skrócie - coś we mnie umarło, coś uciekło, a jeszcze, co innego doprowadziło do pewnych dramatycznych wniosków, których istnienia pominąć już nie potrafię...
Ot. I tu w sumie mogłaby się skończyć czytana przez Was notka, ale jak zwykle potrzebuję... więcej przestrzeni. Starannie ubiorę całą treść w jakieś moje beznadziejne środki stylistyczne (marny wachlarz, niestety) i powoli, powoli... dowiecie się wszystkiego, moi mili. Dowiecie się ni mniej ni więcej - o mnie i moim szalonym żywocie, który nabiera ostatnio oszałamiającego tempa. Ale, ale... Zacznijmy od początku, ok?

Wyobraźcie sobie, że udało mi się (niefortunnie, o ja biedna!) coś utracić. Coś bardzo cennego. Zginęło, odeszło, tam gdzie nie mam już szans odnaleźć żadnego szczęścia. Muszę przyznać, że brakuje mi tego czegoś jak wody... jak powietrza... A co to takiego? Odpowiem Wam, bo chyba sobie to wreszcie uświadomiłam. Chodzi o...niezależność. A najprościej: wolność.
Dobrze wiecie, że miłość to bardzo pozytywne zjawisko, jakkolwiek by go nie interpretować. Jednak (!) ma swoje wady. Niestety - dużo wad. Tym bardziej, jeśli Anioł jest najprawdziwszym Diabłem. Wtedy pojawiają się problemy, których ni cholery, moi mili, nie unikniecie... I tu mnie właśnie boli. Nigdzie indziej tylko tu właśnie! Sprawa jest trudniejsza niż przypuszczałam. Okazuje się, że w zderzeniu z rzeczywistością - same uczucia nie wystarczą. Kierowanie się nimi nie prowadzi do niczego innego jak do katastrofy. Smutne, prawda?
Nie będę wypisywać konkretnych przykładów. Wiedzcie jednak, że przekonałam się niedawno na własnej skórze jak bardzo uzależnienie od Niego i pewnych... zjawisk (?) mi ciąży. *Eee tam - powiecie - toż to słodkie męki...*. *Słodkie, słodkie - odpowiem - ale na dłuższą metę stają się mniej przyjemne.*.
W tym szaleństwie jest metoda. Zastanawiałam się nad nią długo i wreszcie mogę przedstawić sobie całą sytuację jasno i klarownie. Otóż - Anioł Aniołem na pewno nie jest. Owszem, dla mnie najlepszy, najcudowniejszy, naj, naj... zawsze naj i ach i och, ale przecież nie mogę się wiecznie oszukiwać, racja? Jego perfekcyjny antyideał polega chyba na nieustannym denerwowaniu skromnej osoby Waszej umiłowanej autorki. Nie chodzi tu o poczucie humoru rodem z Monty Pythona, wyjątkowo abstrakcyjne pojęcie otaczającego go świata i brak jakichkolwiek zasad... Bo widzicie, Anioł jest już oficjalnie mój i nie chcę by było inaczej. Pytanie tylko - jak tego dokonać? Jak zachować przy sobie tak niezrównoważonego osobnika, nie ograniczać jego wolności, a jednocześnie czuć się potrzebną i kochaną? Mam dosyć wiecznego proszenia go o to by się *określił*, by *wykazał się inicjatywą*... Dosyć po miesiącu, a co będzie się działo za dwa, trzy?... Przeraża mnie sama perspektywa! Tragizm, subtelny i może nie dla każdego dostrzegalny, naszej (mojej, mojej...) sytuacji polega chyba na idealizowaniu, na straszliwie niesprawiedliwej ocenie rzeczywistości... Na Johna. To sprowadza na mnie cierpienie, jakiego nie spodziewałam się nigdy doświadczyć...
Postanowiłam, że na jakiś czas sobie odpuszczę. Anioł nie może przez cały dzień/noc nawiedzać umysłu nieszczęsnej Kaileeny! Przecież tego nie wytrzymałby nawet normalny człowiek, a co dopiero Ona! Boję się tylko, że nie wytrwam długo... że wystarczy jeden jego telefon/sms, a ja już polecę jak na skrzydłach i nici z moich płomiennych decyzji... To niezdecydowanie jest najgorszym, co dostałam od losu. Jednak fakt zawsze będzie faktem. To on jest w tym związku podłym wampirem emocjonalnym (kłaniam Ci się za to określenie, Hycel), jest - jakby na to nie spojrzeć - On i nikt więcej! Sprawia, że chociaż ból jest ogromny - słowo wystarczy by go uśmierzyć. Beznadziejna sprawa, sami przyznajcie...

Dlatego właśnie, kochani, mała Kaileena zamierza... NIE poddawać się! Zamierza walczyć dopóki dopóty starczy jej sił! Oświadczam Wam uroczyście, że nie zrezygnuje. Nie mogę tego zrobić. Udowodniłabym tylko samej sobie, jaka słaba jestem. Choć raz - będę uczciwa z samą sobą... Bo jak do tej pory jestem.
Pewna swojego widelca, pewna tego ile dla mnie znaczy... Może powinnam oddać się w ręce dobrego psychiatry? Przydałoby mi się... Nie musiałabym się więcej męczyć... Spokój, cisza. Tego mi potrzeba? Prawdopodobnie tak, ale czy byłabym szczęśliwa? O nie!.
Powinnam być dobrej myśli. Wierzyć, że ta nieprzyjemna kwestia rozwiąże się sama. Wierzyć, uparcie i bez przerwy, że dobrze wybrałam swojego Anioła. I tylko ta myśl podtrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach.

*…kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia, to twoja misja na Ziemi.*

Kaileena


Komentuj(19)


Link :: 03.03.2007 :: 22:54
Pewnego razu Kaileena spotkała Anioła.
Anioł ten niczym się nie wyróżniał od normalnych, zwyczajnych ludzi, których widujemy na ulicach, w tramwajach, w szkołach… Miał bardzo brązowe oczy, przywodzące na myśl kubek gorącej czekolady, która rozgrzewa umysł i ciało. Na plecach, choćby nie wiem jak długo szukano – nie odnaleziono by białych, pokrytych piórami skrzydeł, a nad głową ów Anioł nie miał żadnej, nawet najmniejszej aureoli! Skandal – powiecie – Skandal! Co to za Anioł w ogóle?! Kaileena jednak doskonale wiedziała, że Aniołem jest i nie zwątpiła w to, aż do tej pory.
Uśmiechnęła się do niego raz, później drugi, potem on uśmiechnął się do niej i było jasne, że ten dzień, Kaileena zapamięta na długo.
Wróciła do domu myśląc tylko o jednym – by On znów się jej objawił. Kaileena nie wierzyła w Anioły, które przechadzały się w pobliżu. Kaileena ich po prostu nie dostrzegała tak jak czasem nie dostrzega się znaków, które mówią nam o przyszłych wydarzeniach. Dlatego właśnie przeżyła szok, gdy niespodziewanie jeden z nich spadł na nią jak grom z jasnego nieba by tak samo szybko zniknąć, aż na trzy dni.
Były to trzy, najdłuższe i najdziwniejsze dni w życiu Kaileeny. Miały barwę pomarańczy, brzmiały jak słodko-gorzka, progresywna muzyka i przyprawiały na zmianę – o mdłości, zawroty głowy i błogi, niczym niezmącony nastrój. Jak tak wiele stanów mogło się połączyć? Kaileena nie wiedziała, ale powoli, bardzo powoli zdawała sobie sprawę jak poważna choroba ją dotknęła i, że jest ona uleczalna tylko jednym sposobem, którego Kaileena nie chciała nigdy doświadczyć. Chwilami Anioł wydawał jej się tylko snem i złudzeniem, wtedy spoglądała na zdjęcia i utwierdzała się w przekonaniu, że istniał i istnieje nadal, chociażby w jej sercu.
Nadszedł pierwszy dzień tygodnia i Kaileena miała okazję zobaczyć go ponownie. Opadły emocje i przez jedną, krótką chwilę zwątpiła, że cokolwiek z tego będzie. Anioł okazał się być szalony, pełen energii, uroczy i zabawny. Aureolę dla kontrastu zastąpiły rogi, bowiem to był Anioł wielce nietypowy. Wcześniej, odurzona Kaileena nie spostrzegła niczego poza brązowymi oczami, teraz widziała też palce u jego dłoni, na domiar złego szczupłe nadgarstki i ciemne brwi. Przyjrzała się jeszcze lepiej, zauważyła szare cienie pod dolnymi powiekami, usta wygięte w zwyczajowym uśmiechu Anioła i jego nieomalże czarne włosy. Coś się nie zgadzało, ale Kaileena nie zwracała na to uwagi. Uznała, że tak miało być. I tak było.
Minął tydzień, drugi. Anioł i Kaileena nie widywali się przez cały ten czas. On napisał do niej kilka niezobowiązujących wiadomości, ona starała się zignorować chęć wyrzucenia z siebie całej złości i uczuć, jakie do niego żywiła. W końcu – co było nieuniknione – straciła nadzieję i chęć do walki. Wkrótce ujrzała go znowu i wszystko wróciło. Nogi się pod nią ugięły, zdrowy rozsądek wylądował gdzieś poza ciałem i Kaileena nie zdawała sobie już sprawy z niczego poza tym, że nie zamierza się poddawać. Oczywiście, momenty zwątpienia pojawiały się dosyć często, ale nigdy na tyle intensywnie by zmusić ją do usunięcia się z pola bitwy. Postanowiła zdobyć Anioła za wszelką cenę, a kiedy zobaczyła go po raz kolejny wyglądał nieco inaczej – pewniej i dojrzalej. Nim się obejrzała padła w jego objęcia, widać tak było jej pisane. A był tam i ołtarz i kościół i wyzwali od heretyków i pogrozili palcem z zawziętą miną… Anioł i Kaileena skwitowali wszystko niewinnymi uśmiechami, aż wreszcie Ona, nagle, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co robi, pocałowała Go a Anioł odpowiedział. Ciężko opisać to jak smakuje pocałunek Anioła.
Trochę jak jabłkowa Orbit, trochę jak jasny, musujący szampan. Anioł całował z uśmiechem i radością, Kaileena dała mu się porwać. To była wesoła kraina, gdzieś między sufitem a podłogą, w pobliżu trzech sąsiadujących ze sobą szafek, łóżka i kaloryfera. Pożegnali się późno, bez entuzjazmu. Kaileena miała wyrzuty sumienia, kiedy wreszcie zdała sobie sprawę, że ujarzmiła nieosiągalnego Anioła i choć to była tylko godzina – zdawało się, że trwa całe wieki i jest słodsza od mlecznej czekolady.
Kaileena widywała Anioła przez następny tydzień, widywała go nie raz i nie dwa. Postanowiła z nim porozmawiać i mówiła mu wiele trudnych słów, starała się by nie brzmiało to zbyt poważnie, zbyt serio jak na tamten czas. Anioł zgodził się z nią, wyjaśnił jak z nim jest i Kaileena uznała, że jeden jest tylko słuszny wybór – dać mu czas. Jednak niepokoiła się, co raz bardziej, wolała wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, zwłaszcza wtedy, gdy brał ją za rękę i żartował. W końcu dostała swój widelec.
Widelec nie był niczym szczególnym. Mały, biały i plastikowy, bez żadnych znaków szczególnych. Na początku nie symbolizował niczego, później znaczył więcej niż tysiąc gestów i tysiąc słów, mimo iż Kaileena wiedziała, że to bardzo niemądre powierzać swoje serce widelcowi. Siedziała w swoim pokoju, jak zwykle, pod kaloryferem i słuchała Pink Floyd obracając widelec w dłoniach. Myślała nad wieloma rzeczami, głównie o Aniele i jego pytaniach. Później nastąpił przełom. Kaileena spojrzała na widelec, a widelec spojrzał na Kaileenę, tak tylko jak potrafią patrzeć wybrane widelce. Był przerażający i fascynujący, fala uczuć zwaliła się na nią i poraziła swoją mocą. O nie, nie… Nie mogła zachować widelca. W jej mniemaniu stał się zbyt potężny i zbyt serio. Postanowiła go oddać poprzedniemu właścicielowi.
Kaileena udała się, więc w długą i nużącą podróż przez grząskie błota i ponury las, mijając dwa słupy wysokiego napięcia i podejrzane tory, po których sunęły długie, podobne żmijom pociągi. Sparaliżowało ją tuż przed domem Anioła i przez ułamek sekundy była pewna, że tu zostanie – tu umrze i narodzi się ponownie. Jej wyobraźnia przekonała ją, że nie zrobi ani jednego kroku więcej. Jednak zrobiła.
Kiedy przestąpiła próg jego pokoju, uderzyło ją jak bardzo Anioł przypomina Syda Barretta. Właściwie to skojarzenie wydało się Kaileenie zupełnie absurdalne, bo jak Anioł może przypominać chorego psychicznie gitarzystę-narkomana?! Jego brązowe oczy były jednak tak samo błędne, wbite gdzieś w przestrzeń przed nim. Włosy abstrakcyjnie rozczochrane, a twarz nienaturalnie blada. Kaileena sięgnęła po widelec, ale rozmyśliła się natychmiast. Wystarczyło, że pomyślała o tym ile dla niej znaczy… i odpędziła natrętną myśl by się go pozbyć. Po prostu nie mogła. Anioł uśmiechnął się łagodnie. *Na łyżkę jeszcze nie zasłużyłeś* - powiedziała mu Kaileena.
A wychodząc wymówiła słowa, których miała nigdy nie użyć w stosunku do kogokolwiek oprócz śp. Barretta… *Lśnij Szalony Diamencie* - szepnęła Kaileena i odeszła marząc o kolejnym spotkaniu Anioła.
To na razie koniec opowieści o Kaileenie, jej Aniele i widelcu. Pewnie ta trójka ma jakąś wspólną przyszłość, ale poznamy ją dopiero wkrótce. Do tej pory… trzeba wierzyć.

Kaileena


Komentuj(20)








Grafikę i HTML wykonała: Kaileena_Farah Wszystkie prawa zastrzeżone!!!




Szerzej znana, jako KaileenaFarah.
Moje gg: 7418011


2017
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2016
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2015
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń



Teledyski

"Californication" (RHCP)
"Dani California" (RHCP)
"By the Way" (RHCP/Live!)
"I Could Have Lie" (RHCP/Live!)
"Out in LA/1985!" (RHCP/Live!)
"Brandy" (RHCP)
Concert! (RHCP/Live!)
"Otherside" (RHCP/Live!)
"Desecretion Smile" (RHCP)
"Suck my Kiss" (RHCP)
"If you have to ask" (RHCP/Live!)
"By The Way" (RHCP)
"Can't Stop"(RHCP)
"Otherside"(RHCP)
"The Zephyr Song"(RHCP)
Clip reklamowy (super/RHCP)
"Snow" (RHCP/Live!)


Moje zainteresowania...

MOJE FORUM
Filmweb
Oficjalna str. Red Hot Chili Peppers
Adrian Belew
Porcupine Tree
Prince of Persia
Elfwood


Moje rysunki...

Książę Persji (paint)
Portret Shaheena
Jack Sparrow
Dziewczyna z Perłą
Portret Johna Frusciante
Syd Barrett
Gilmour, Mason, Wright (niedokończone)
David Gilmour
Dragon
Plant&Page
Bono
K. i K.
Kamil (...)

Gdzie szukać...

GOOGLE
ONET
wp-wirtualna polska
INTERIA

Co czytam...

Padalec :)
Blog Aneci :)
Lipek :)
Aniołek :)
Madzia S.
Kliknij
Agama :)
Cukiernik :)
Carlotta :)
Cyrk?...
Encore
Edzia!
Ktosiulka
Nimrodelka ;)
Ailene
Muminki!
Ola
Monika
Pentagram
Gabrysia
Malomi!


Red Hot Chili Peppers



Anthony Kiedis- wokalista.



John Frusciante - gitarzysta (mój mistrz)



Chad Smith - perkusista.



Flea - basista.

Blogers.pl


*Stadium Arcadium*

Bells around St. Petersburg
When I saw you
I hope I get what you deserve
And this is where I find
Smoke surrounds your perfect face
And I*m falling
Pushing a broom out into space
And this is where I find a way


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Alone inside my forest room
And it*s storming
I never thought I*d be in bloom
But this is where I start
Derelict days and the stereo plays
For the all night crowd
That it cannot phase
And I*m calling


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now


Tedious weeds that the media breeds
But the animal gets what the animal
Needs
And I*m sorry


And this is where I find
Rays of dust that wrap around
Your citizen
Kind enough to disavow
And this is where I stand


The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming
Pushing myself
And no I don*t mind asking!
Now

The stadium arcadium
A mirror to the moon
I*m forming I*m warming
State of the art
Until the clouds come crashing!


Stranger things have happened
Both before and after noon
I*m forming I*m warming...to you



*Dani California*

Gettin' born in the state of Mississippi
Papa was a copper
and mama was a hippie
In Alabama she would swing a hammer
Price you gotta pay
when you pick the panorama
She never knew that there was
anything more than poor...
What in the world?
What does your confidant take me for?


Black bandana, sweet Louisiana
Robbin' on a bank in the state of Indiana
She's a runner, rebel and a stunner
Hunt em everywhere
sayin baby whatcha gonna
Lookin' down the barrel
of a hot metal 45
Just another way to survive...


(Chorus) -
California, rest in peace
Simultaneous release
California, show your teeth
She's my priestess, I'm your priest,
yeah, yeah!


She's a lover baby and a fighter
Should of seen her coming
when it got a little brighter
With a name like Dani California
Day was gonna come
when I was gonna mourn ya
A little lotus,
she was stealin' another breath
I love my baby to death


[Chorus]

Who knew the other side of you?
Who knew that all this time to prove?
Too true to say goodbye to you
Too true too say say say...


First to fade her gifted animator
One for the now
and eleven for the later
Never made it up to Minnesota
North Dakota man was
a gunnin' for the quota


Down in the badlands
she was savin' the best for last
It only hurts when I laugh...
Gone too fast..


[Chorus 2x]